,        BooksCafe.Net: http://bookscafe.net

  : http://bookscafe.net/author/hitchcock_alfred-29191.html

     : http://bookscafe.net/book/hitchcock_alfred-tajemnica_jeczocej_jaskini-143675.html

 !




Alfred Hitchcock


Tajemnica J&#281;cz&#261;cej Jaskini



PRZYGODY TRZECH DETEKTYW&#211;W TOM 10


The Mystery Of The Moaning Cave

Arden William (w&#322;a&#347;c. Lynds Dennis)

Prze&#322;o&#380;y&#322;a: ANNA IWA&#323;SKA



Wprowadzenie Alfreda Hitchcocka

Z prawdziw&#261; przyjemno&#347;ci&#261; witam Was u progu nowej przygody naszych Trzech Detektyw&#243;w. Je&#347;li dot&#261;d nie zawarli&#347;cie z nimi znajomo&#347;ci, pozw&#243;lcie, &#380;e Wam ich przedstawi&#281; teraz. A wi&#281;c s&#261; to: Jupiter Jones, Pete Crenshaw i Bob Andrews. Mieszkaj&#261; w Rocky Beach, ma&#322;ym mie&#347;cie w pobli&#380;u s&#322;awnego Hollywoodu.

Jaki&#347; czas temu ch&#322;opcy za&#322;o&#380;yli zesp&#243;&#322; detektywistyczny i rozwi&#261;zuj&#261; przer&#243;&#380;ne tajemnicze zagadki, kt&#243;re pojawiaj&#261; si&#281; na ich drodze. M&#243;zgiem zespo&#322;u jest Jupiter Jones  logiczny umys&#322;, wielkie opanowanie i up&#243;r w rozwi&#261;zywaniu najbardziej zawik&#322;anych przypadk&#243;w. Drugim Detektywem jest Pete Crenshaw, zwinny i silny, bywa nieoceniony w niebezpiecznych sytuacjach. Trzecim cz&#322;onkiem zespo&#322;u jest Bob Andrews, najbardziej spo&#347;r&#243;d nich rozmi&#322;owany w nauce; wynajduje on potrzebne informacje w ksi&#261;&#380;kach i dokumentach oraz prowadzi akta zespo&#322;u. Siedzib&#261; Trzech Detektyw&#243;w jest stara przyczepa kempingowa, ukryta na terenie sk&#322;adu z&#322;omu. Sk&#322;ad ten nale&#380;y do wujostwa Jupitera, Matyldy i Tytusa Jones&#243;w.

Badamy wszystko  to dewiza ch&#322;opc&#243;w, w my&#347;l kt&#243;rej udadz&#261; si&#281; tym razem na ranczo w g&#243;rach Kalifornii. Tam b&#281;d&#261; bada&#263; wydaj&#261;c&#261; j&#281;ki jaskini&#281; i zajmowa&#263; si&#281; legendarnym bandyt&#261;, kt&#243;ry nie zgadza si&#281; pozosta&#263; jedynie nie &#380;yj&#261;c&#261; od dawna postaci&#261; z ludowych opowie&#347;ci. Czytaj&#261;c o ich niezwyk&#322;ych, a cz&#281;sto niebezpiecznych przygodach, bardziej nerwowym z Was trudno b&#281;dzie usiedzie&#263; na miejscu lub, co najmniej, powstrzyma&#263; si&#281; od obgryzania paznokci. Ostrzegam!

A teraz, do&#347;&#263; wst&#281;pu! Za chwil&#281; wkroczymy w serce zdarze&#324;.

&#346;wiat&#322;a! Kamera! Akcja!

Alfred Hitchcock



ROZDZIA&#321; 1. J&#281;cz&#261;ca Dolina

Aaaaauuuuu-uuuu-uu!

Niesamowity j&#281;k toczy&#322; si&#281; przez dolin&#281; w zapadaj&#261;cym zmierzchu.

To w&#322;a&#347;nie jest to  szepn&#261;&#322; Pete Crenshaw.  Znowu si&#281; zacz&#281;&#322;o.

Pete, Jupiter Jones i Bob Andrews przycupn&#281;li na wysokim grzbiecie jednego ze wzg&#243;rz w odleg&#322;ym zak&#261;tku Rancza Krzywe Y, po&#322;o&#380;onego o par&#281;set metr&#243;w od wybrze&#380;a Pacyfiku.

J&#281;k rozleg&#322; si&#281; znowu, przeci&#261;g&#322;y, zawodz&#261;cy.

Dreszcz przebieg&#322; Pete'owi po plecach.

Nie dziwi&#281; si&#281;, &#380;e pracownicy chc&#261; odej&#347;&#263; z rancza  powiedzia&#322; do swych towarzyszy.

Mo&#380;e to dochodzi z latarni morskiej, kt&#243;r&#261; widzieli&#347;my po drodze  zasugerowa&#322; Bob.  To mo&#380;e by&#263; pog&#322;os syreny przeciwmg&#322;owej.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie, Bob, nie s&#261;dz&#281;. To nie jest d&#378;wi&#281;k syreny, a poza tym nie ma dzi&#347; mg&#322;y.

Wi&#281;c co  zacz&#261;&#322; Bob, ale Jupitera nie by&#322;o ju&#380; przy nim.

Korpulentny Pierwszy Detektyw bieg&#322; truchtem wzd&#322;u&#380; wzg&#243;rza. Pete i Bob podnie&#347;li si&#281; i ruszyli za nim.

Zachodz&#261;ce s&#322;o&#324;ce kry&#322;o si&#281; ju&#380; za wzg&#243;rzami i dolin&#281; oblewa&#322;a mglista purpurowa po&#347;wiata.

Jupiter przeszed&#322; oko&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu metr&#243;w i zatrzyma&#322; si&#281;. J&#281;kliwe zawodzenie rozbrzmia&#322;o ponownie. S&#322;ucha&#322; uwa&#380;nie, otoczywszy d&#322;o&#324;mi uszy.

Co robimy, Jupe?  zapyta&#322; Pete niespokojnie.

Jupiter nie odpowiedzia&#322;. Zawr&#243;ci&#322; na pi&#281;cie i przeszed&#322; jakie&#347; sto metr&#243;w w przeciwnym kierunku.

Czy b&#281;dziemy tak tylko chodzi&#263; tam i z powrotem po tym grzbiecie, Jupe?  zapyta&#322; Bob. Obaj z Pete'em byli ju&#380; zniecierpliwieni zachowaniem kolegi.

Jupiter wys&#322;ucha&#322; w skupieniu ponownego Aaaauuuuu-uuu-u, po czym odpar&#322; spokojnie:

Nie, Bob, w&#322;a&#347;nie zako&#324;czyli&#347;my eksperyment.

Jaki eksperyment?!  wybuchn&#261;&#322; Pete.  Nie robili&#347;my nic poza &#322;a&#380;eniem to w lewo, to w prawo.

S&#322;uchali&#347;my j&#281;ku w trzech r&#243;&#380;nych punktach  t&#322;umaczy&#322; Jupiter.  W my&#347;lach wytycza&#322;em lini&#281; mi&#281;dzy punktami, w kt&#243;rych sta&#322;em, a miejscem, z kt&#243;rego zdawa&#322; si&#281; dochodzi&#263; d&#378;wi&#281;k. Dok&#322;adnie tam, gdzie krzy&#380;uj&#261; si&#281; trzy linie jest jego &#378;r&#243;d&#322;o.

Masz racj&#281;!  zrozumia&#322; nagle Bob.  To si&#281; nazywa triangulacja. In&#380;ynierowie pos&#322;uguj&#261; si&#281; ni&#261; przy pomiarach terenu.

W&#322;a&#347;nie. Oczywi&#347;cie zrobi&#322;em to w spos&#243;b raczej prymitywny, ale powinno starczy&#263; dla naszych potrzeb.

Jakich potrzeb?  zapyta&#322; Pete.  To znaczy, co w&#322;a&#347;ciwie zmierzyli&#347;my?

Ustalili&#347;my, sk&#261;d dochodzi d&#378;wi&#281;k. Dochodzi z tej jaskini w skale, czyli Jaskini El Diablo  o&#347;wiadczy&#322; Jupiter.

Genialne!  wykrzykn&#261;&#322; Pete ironicznie.  Przecie&#380; wiedzieli&#347;my to ju&#380; od pa&#324;stwa Dalton&#243;w.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Dobry detektyw sprawdza informacje uzyskane od innych ludzi. Pan Hitchcock m&#243;wi&#322; nam wiele razy, &#380;e nie mo&#380;na polega&#263; na &#347;wiadkach. Jupiter m&#243;wi&#322; o re&#380;yserze filmowym Alfredzie Hitchcocku. Kiedy&#347; m&#322;odzi detektywi pr&#243;bowali znale&#378;&#263; dla niego nawiedzony dom, kt&#243;rego poszukiwa&#322; do filmu. Odt&#261;d &#322;&#261;czy&#322;a go z ch&#322;opcami serdeczna przyja&#378;&#324;.

My&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;  powiedzia&#322; Pete.  Pan Hitchcock przekona&#322; nas, &#380;e &#347;wiadkowie w gruncie rzeczy ma&#322;o widz&#261;.

Albo s&#322;ysz&#261;  doda&#322; Jupiter.  Ale teraz nie mam w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e j&#281;k dochodzi z Jaskini El Diablo. Wszystko, co pozostaje nam do zrobienia, to odkry&#263;, co j&#281;czy i

Nie sko&#324;czy&#322;, gdy&#380; j&#281;k odezwa&#322; si&#281; znowu, niesamowity i przyprawiaj&#261;cy o dreszcz, w mroku zacienionej doliny.

Aaaa-uuuu-uu!

Tym razem dreszcz przeszed&#322; nawet Jupitera. Pete prze&#322;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281;.

Ale, Jupe, pan Dalton z szeryfem przeszukali ju&#380; trzy razy jaskini&#281; i nic nie znale&#378;li.

Mo&#380;e to jakie&#347; zwierz&#281;  zastanawia&#322; si&#281; Bob.

Nigdy nie s&#322;ysza&#322;em zwierz&#281;cia, kt&#243;re by wydawa&#322;o taki d&#378;wi&#281;k  powiedzia&#322; Jupiter.  Poza tym szeryf i pan Dalton znale&#378;liby jakie&#347; &#347;lady zwyk&#322;ego zwierz&#281;cia. S&#261; do&#347;wiadczonymi my&#347;liwymi.

Zwyk&#322;ego zwierz&#281;cia?  powt&#243;rzy&#322; niespokojnie Pete.

Mo&#380;e to by&#263; jakie&#347; zwierz&#281; nie znane w tych stronach, albo  oczy Pierwszego Detektywa rozb&#322;ys&#322;y  jest to El Diablo we w&#322;asnej osobie!

Och nie!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.  Nie wierzymy przecie&#380; w duchy.

Kto m&#243;wi o duchach?  roze&#347;mia&#322; si&#281; Jupiter.

Ale El Diablo nie &#380;yje od stu lat  zaprotestowa&#322; Bob.  Je&#347;li nie chodzi ci o ducha, Jupe, to co masz na my&#347;li?

Jupiter nie zd&#261;&#380;y&#322; odpowiedzie&#263;, gdy&#380; nagle eksplozja wstrz&#261;sn&#281;&#322;a dolin&#261;, a niebo roz&#347;wietli&#322;y czerwone b&#322;yski.

Co to mo&#380;e by&#263;, Jupe?  g&#322;os Boba dr&#380;a&#322; ze zdenerwowania.

Nie mam poj&#281;cia.

B&#322;yski usta&#322;y, a odg&#322;os eksplozji zamiera&#322; powoli. Ch&#322;opcy patrzyli na siebie zaintrygowani.

Nagle Bob strzeli&#322; palcami.

Wiem! To marynarka wojenna! Pami&#281;tasz, Jupe, kiedy jechali&#347;my tu ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261;, widzieli&#347;my manewry okr&#281;t&#243;w. Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e &#263;wicz&#261; strzelanie do celu wok&#243;&#322; Channel Islands.

Pete roze&#347;mia&#322; si&#281; z ulg&#261;.

No pewnie! Odbywaj&#261; te &#263;wiczenia dwa razy do roku. Czyta&#322;em o tym w gazecie. Ostrzeliwuj&#261; nie zamieszkane wyspy tu w pobli&#380;u.

Pisano o tym we wczorajszej gazecie  przytakn&#261;&#322; Jupiter.  Nocne ostrzeliwanie. Chod&#378;cie, wracamy na ranczo, chc&#281; dowiedzie&#263; si&#281; czego&#347; wi&#281;cej o tej dolinie.

Nie musia&#322; tego powtarza&#263; dwa razy. Zrobi&#322;o si&#281; ju&#380; zupe&#322;nie ciemno i ch&#322;opcy ochoczo pobiegli do pozostawionych przy drodze rower&#243;w. Wtem z przeciwleg&#322;ego ko&#324;ca doliny dobieg&#322; g&#322;o&#347;ny, dudni&#261;cy odg&#322;os, po kt&#243;rym nast&#261;pi&#322; przeci&#261;g&#322;y j&#281;k.



ROZDZIA&#321; 2. Staruch

J&#281;k zamar&#322; w J&#281;cz&#261;cej Dolinie.

To nie by&#322; j&#281;k z jaskini!  zawo&#322;a&#322; Pete.

Nie!  przyzna&#322; Jupiter.  To by&#322; krzyk cz&#322;owieka!

I to cz&#322;owieka znajduj&#261;cego si&#281; w opa&#322;ach!  doda&#322; Bob.  Chod&#378;cie!

Krzyk dobiega&#322; spod g&#243;ry wznosz&#261;cej si&#281; mi&#281;dzy dolin&#261;, a oceanem  Diabelskiej G&#243;ry, zawdzi&#281;czaj&#261;cej sw&#261; nazw&#281; postrz&#281;pionemu na kszta&#322;t rog&#243;w szczytowi.

Ch&#322;opcy p&#281;dzili przez dolin&#281;. W poprzek stoku Diabelskiej G&#243;ry le&#380;a&#322;o usypisko g&#322;az&#243;w i kamieni, kt&#243;re najwidoczniej &#347;wie&#380;o si&#281; stoczy&#322;y. Py&#322; wci&#261;&#380; unosi&#322; si&#281; w powietrzu.

Pomocy!  g&#322;os wo&#322;aj&#261;cego by&#322; s&#322;aby i dr&#380;&#261;cy.

Pete ukl&#261;k&#322; przy le&#380;&#261;cym na ziemi siwow&#322;osym m&#281;&#380;czy&#378;nie. Jego nogi, skr&#281;cone pod dziwnym k&#261;tem, by&#322;y przywalone kamieniami, a twarz wykrzywiona b&#243;lem.

Prosz&#281; le&#380;e&#263; spokojnie  powiedzia&#322; Pete.  Zaraz pana st&#261;d wydob&#281;dziemy.

Wsta&#322; i zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Jupitera:

My&#347;l&#281;, &#380;e ma z&#322;amane nogi. Chod&#378;my lepiej szybko po pomoc.

Id&#378;cie, ch&#322;opcy, na Ranczo Krzywe Y  odezwa&#322; si&#281; le&#380;&#261;cy przez zaci&#347;ni&#281;te z b&#243;lu z&#281;by.  Ja tam pracuj&#281;. Powiedzcie panu Daltonowi, &#380;eby przys&#322;a&#322; tu ludzi.

Ch&#322;opcy popatrzyli po sobie. Kolejny wypadek przydarzy&#322; si&#281; kt&#243;remu&#347; z pracownik&#243;w pana Daltona! Nie ma ko&#324;ca k&#322;opotom w J&#281;cz&#261;cej Dolinie!

Pete sp&#281;dza&#322; wakacje u pa&#324;stwa Dalton&#243;w, nowych w&#322;a&#347;cicieli Rancza Krzywe Y.

Jess Dalton by&#322; doskona&#322;ym je&#378;d&#378;cem i d&#322;ugie lata utrzymywa&#322; si&#281; dzi&#281;ki swoim umiej&#281;tno&#347;ciom. Uczestniczy&#322; w licznych rodeach, a tak&#380;e pracowa&#322; w filmie, wyst&#281;puj&#261;c w wielu westernach. W studio filmowym pozna&#322; pana Crenshawa, ojca Pete'a. Kiedy przyszed&#322; czas na zaprzestanie wyczyn&#243;w je&#378;dzieckich, Jess za wszystkie swe oszcz&#281;dno&#347;ci kupi&#322; podupad&#322;e ranczo. Zacz&#261;&#322; w&#322;a&#347;nie odremontowywa&#263; zrujnowane zabudowania, gdy pojawi&#322;y si&#281; problemy.

J&#281;cz&#261;ca Dolina zawdzi&#281;cza&#322;a t&#281; dziwn&#261; nazw&#281; starej india&#324;skiej legendzie oraz pewnym tragicznym wydarzeniom, jakie zasz&#322;y w niej jeszcze w czasach panowania hiszpa&#324;skiego. Podobno kiedy&#347;, przed laty, wydawa&#322;a z siebie dziwne zawodz&#261;ce j&#281;ki. Potem jednak zamilk&#322;a, a teraz po pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu latach zacz&#281;&#322;a j&#281;cze&#263; na nowo. Jakby nie do&#347;&#263; by&#322;o tego, by odstraszy&#263; od rancza pracownik&#243;w, zacz&#281;&#322;y si&#281; zdarza&#263; wypadki.

Pierwsze zaj&#347;cie mia&#322;o miejsce pewnego wieczoru, kiedy dwaj pracownicy jechali konno przez dolin&#281;. W cichym zmierzchu rozbrzmia&#322; nagle &#243;w zawodz&#261;cy j&#281;k i sp&#322;oszone konie zrzuci&#322;y je&#378;d&#378;c&#243;w. Jeden z nich z&#322;ama&#322; r&#281;k&#281;, drugi zosta&#322; mocno poturbowany. Opowiadali, &#380;e w dolinie straszy i lepiej si&#281; trzyma&#263; od niej z daleka. Kr&#243;tko po tym, stado koni wpad&#322;o w panik&#281; w &#347;rodku nocy, bez widocznej przyczyny. Nast&#281;pnie jeden z pracownik&#243;w przysi&#281;ga&#322;, &#380;e id&#261;c wieczorem przez dolin&#281;, zobaczy&#322; olbrzymi kszta&#322;t wynurzaj&#261;cy si&#281; z Jaskini El Diablo. Zaraz potem dwu pracownik&#243;w znik&#322;o bez wyja&#347;nienia i mimo &#380;e szeryf stwierdzi&#322; stanowczo, &#380;e odnalaz&#322; ich w pobliskiej Santa Carla, ma&#322;o kto da&#322; temu wiar&#281;.

Przeszukanie jaskini nie przynios&#322;o &#380;adnych wyja&#347;nie&#324;. Szeryf zaniecha&#322; dochodzenia  nie m&#243;g&#322; wszak &#347;ciga&#263; duch&#243;w i walczy&#263; z legendami.

Wtedy to Pete przyby&#322; na ranczo i zasta&#322; pa&#324;stwa Dalton&#243;w bardzo przygn&#281;bionych. Pracy by&#322;o du&#380;o, a r&#261;k do pracy wci&#261;&#380; ubywa&#322;o. Byli przekonani, &#380;e istnieje jaka&#347; prosta przyczyna wszystkich zaj&#347;&#263;, lecz jak dot&#261;d nie mogli jej znale&#378;&#263;.

Zorientowawszy si&#281; w sytuacji, Pete nie zwleka&#322;. Czym pr&#281;dzej zawiadomi&#322; Jupitera i Boba. By&#322;a to, jak s&#261;dzi&#322;, sprawa do rozwi&#261;zania dla Trzech Detektyw&#243;w. Rodziny obu ch&#322;opc&#243;w ch&#281;tnie zgodzi&#322;y si&#281; na ich wyjazd na ranczo, a pa&#324;stwo Daltonowie radzi byli ich go&#347;ci&#263;.

Krzywe Y po&#322;o&#380;one by&#322;o niespe&#322;na dwadzie&#347;cia kilometr&#243;w od nowoczesnego o&#347;rodka wypoczynkowego Santa Carla i nieca&#322;e dwie&#347;cie kilometr&#243;w na p&#243;&#322;noc od Rocky Beach. Teren rancza rozci&#261;ga&#322; si&#281; a&#380; po wybrze&#380;e oceanu, a okolice obfitowa&#322;y we wzg&#243;rza i g&#243;ry, g&#322;&#281;bokie doliny i kaniony. Wzd&#322;u&#380; wybrze&#380;a Pacyfiku roi&#322;o si&#281; od ma&#322;ych, odizolowanych zatoczek. By&#322;o to wymarzone miejsce na wakacje. Mo&#380;na by&#322;o robi&#263; ciekawe wycieczki, p&#322;ywa&#263;, &#322;owi&#263; ryby, je&#378;dzi&#263; konno.

Ch&#322;opcy jednak ani nie je&#378;dzili konno, ani nie p&#322;ywali, ani nie &#322;owili ryb. Poch&#322;oni&#281;ci byli ca&#322;kowicie rozwik&#322;ywaniem tajemnicy J&#281;cz&#261;cej Doliny. Przeprowadzali w&#322;a&#347;nie wst&#281;pne rozpoznanie, gdy kolejny nieszcz&#281;&#347;liwy wypadek sprowadzi&#322; ich do podn&#243;&#380;a Diabelskiej G&#243;ry.

Nic, tylko nieszcz&#281;&#347;cie przynosi ta dolina  mamrota&#322; ranny.  Nigdy nie powinienem tu przychodzi&#263;. Ten j&#281;k, wszystko przez ten j&#281;k

Nie, nie s&#261;dz&#281;  powiedzia&#322; Jupiter powa&#380;nie.  My&#347;l&#281;, &#380;e to wstrz&#261;s po wystrza&#322;ach obluzowa&#322; kamienie i spowodowa&#322; lawin&#281;. Zbocze tej g&#243;ry jest wyschni&#281;te i bardzo strome.

To ten j&#281;k!  upiera&#322; si&#281; m&#281;&#380;czyzna.

Chod&#378;my lepiej po pomoc  powiedzia&#322; Pete  sami nie damy rady zdj&#261;&#263; z niego tej sterty kamieni.

W tym momencie dobieg&#322;o ich r&#380;enie koni i dostrzegli trzech m&#281;&#380;czyzn jad&#261;cych ku nim przez dolin&#281;. Jeden z nich prowadzi&#322; konia luzem. Na przedzie jecha&#322; sam pan Dalton.

Co si&#281; sta&#322;o?  zapyta&#322; zsiadaj&#261;c z konia.

By&#322; to wysoki, suchy m&#281;&#380;czyzna, w jaskrawoczerwonej koszuli, wyblak&#322;ych d&#380;insach i kowbojskich butach z wyt&#322;aczanej sk&#243;ry, na podwy&#380;szonym obcasie. G&#322;&#281;boka troska malowa&#322;a si&#281; na jego szczup&#322;ej, opalonej twarzy.

Ch&#322;opcy wyja&#347;nili, jak znale&#378;li rannego.

Jak si&#281; czujesz, Cardigo?  zapyta&#322; pan Dalton przykl&#281;kaj&#261;c przy le&#380;&#261;cym.

Nogi mi po&#322;ama&#322;o  wyst&#281;ka&#322; Cardigo.  Wynosz&#281; si&#281; st&#261;d, mam do&#347;&#263; tej przekl&#281;tej doliny.

My&#347;l&#281;, &#380;e wystrza&#322;y spowodowa&#322;y obsuni&#281;cie si&#281; kamieni  odezwa&#322; si&#281; Jupiter.

Oczywi&#347;cie  przytakn&#261;&#322; pan Dalton.  Wytrzymaj jeszcze chwil&#281;, Cardigo. Uwolnimy ci&#281; migiem spod tych kamieni.

Zaj&#281;&#322;o im to istotnie kilka minut, po czym dwaj pomocnicy pana Daltona ruszyli po ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#281;. Gdy podjecha&#322;a na miejsce wypadku, unie&#347;li ostro&#380;nie Cardiga i u&#322;o&#380;yli na platformie. Ci&#281;&#380;ar&#243;wka odjecha&#322;a do szpitala w Santa Carla, a ch&#322;opcy powr&#243;cili do swych rower&#243;w.

Panowa&#322;y ju&#380; zupe&#322;ne ciemno&#347;ci, gdy Jupiter, Bob i Pete ustawiali rowery za ogrodzeniem otaczaj&#261;cym zabudowania rancza. By&#322;o tam pi&#281;&#263; budynk&#243;w: obszerna chata dla pracownik&#243;w, du&#380;a i mniejsza stajnia, pawilon w kt&#243;rym mie&#347;ci&#322;a si&#281; kuchnia, i g&#322;&#243;wny dom  stary, pi&#281;trowy budynek, o drewnianej konstrukcji wype&#322;nionej ceg&#322;&#261;, otoczony szerokim gankiem. Ca&#322;y dom by&#322; poro&#347;ni&#281;ty pn&#261;czami o jasnoczerwonych i szkar&#322;atnych kwiatach. Ogrodzenie dla koni otacza&#322;o budynki rancza.

Na ma&#322;ym placu w pobli&#380;u kuchni zgromadzi&#322;a si&#281; grupa m&#281;&#380;czyzn. Rozmawiali &#347;ciszonymi g&#322;osami, zapewne o wypadku. Ich twarze pe&#322;ne by&#322;y strachu i z&#322;o&#347;ci.

Ch&#322;opcy zamierzali w&#322;a&#347;nie wej&#347;&#263; do domu, gdy dobiegi ich czyj&#347; ochryp&#322;y g&#322;os.

Gdzie&#347;cie to byli, ch&#322;opcy?

Z ciemno&#347;ci wy&#322;oni&#322;a si&#281; niewielka, sztywna sylwetka i po chwili rozpoznali ostr&#261;, wysmagan&#261; wiatrem twarz Luka Hardina, rz&#261;dcy pana Daltona.

To ranczo jest bardzo du&#380;e, mo&#380;na si&#281; &#322;atwo zgubi&#263;  powiedzia&#322;.

Przywykli&#347;my do otwartych przestrzeni i g&#243;r, prosz&#281; pana  odpar&#322; Jupiter.  Nie ma potrzeby martwi&#263; si&#281; o nas.

Rz&#261;dca podszed&#322; do nich.

S&#322;ysza&#322;em, co was tu sprowadza. Ciekawi was J&#281;cz&#261;ca Dolina, h&#281;? To nie jest dobre miejsce dla dzieci. Trzymajcie si&#281; od niego z daleka, s&#322;yszycie?!

Nim zd&#261;&#380;yli zaprotestowa&#263;, otworzy&#322;y si&#281; drzwi i z domu wybieg&#322;a ma&#322;a, energiczna kobieta, o siwych w&#322;osach i mocno opalonej twarzy.

Nonsens, Luke!  zawo&#322;a&#322;a gniewnie.  Ch&#322;opcy nie s&#261; dzie&#263;mi i zdaj&#261; si&#281; mie&#263; wi&#281;cej rozs&#261;dku od ciebie.

J&#281;cz&#261;ca Dolina to nie jest dobre miejsce  powt&#243;rzy&#322; Hardin uparcie.

Doros&#322;y m&#281;&#380;czyzna, a boi si&#281; jaskini!  wykrzykn&#281;&#322;a pani Dalton.

Ja si&#281; nie boj&#281;  powiedzia&#322; wolno Hardin.  Nie boj&#281; si&#281; te&#380; spojrze&#263; prawdzie w oczy. Mieszkam w tej okolicy przez ca&#322;e &#380;ycie. Jeszcze jako ch&#322;opiec nas&#322;ucha&#322;em si&#281; historii o J&#281;cz&#261;cej Dolinie. Nigdy w nie nie wierzy&#322;em, ale teraz nie jestem ju&#380; taki pewny

Bzdury! G&#322;upie zabobony, dobrze o tym wiesz!

S&#322;owa by&#322;y odwa&#380;ne, ale w g&#322;osie pani Dalton wyczuwa&#322;o si&#281; niepok&#243;j.

Jak pan my&#347;li, co to za j&#281;k, kto go wydaje?  Jupiter zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Hardina.

Rz&#261;dca spojrza&#322; na niego powa&#380;nie.

Nie wiem, ch&#322;opcze. Nikt nie wie. Szukali&#347;my i nie znale&#378;li&#347;my niczego. W ka&#380;dym razie niczego, co da si&#281; zobaczy&#263;  oczy Luka rozb&#322;ys&#322;y w ciemno&#347;ciach  Indianie zawsze m&#243;wili, &#380;e nikt nie mo&#380;e zobaczy&#263; Starucha.



ROZDZIA&#321; 3. Ucieczka El Diablo

Luke!  krzykn&#281;&#322;a pani Dalton.

Nie m&#243;wi&#281;, &#380;e wierz&#281; w te historie  powiedzia&#322; rz&#261;dca.  Cz&#322;owiek musi widzie&#263; rzeczy takimi, jakie s&#261;. Ta jaskinia zacz&#281;&#322;a znowu j&#281;cze&#263; i jak dot&#261;d nikomu nie uda&#322;o si&#281; wyja&#347;ni&#263; dlaczego. Je&#347;li to nie jest Staruch, to co to, wed&#322;ug pani, jest?

Z tymi s&#322;owami Luke Hardin zszed&#322; z ganku i skierowa&#322; si&#281; do chaty. Pani Dalton spogl&#261;da&#322;a za nim ze smutkiem.

My&#347;l&#281;, &#380;e to zmieni&#322;o nas wszystkich  powiedzia&#322;a.  Luke jest jednym z najodwa&#380;niejszych ludzi, jakich znam, i nigdy nie s&#322;ysza&#322;am, &#380;eby m&#243;wi&#322; w ten spos&#243;b.

Zastanawiam si&#281;, dlaczego zdecydowa&#322; si&#281; powiedzie&#263; nam o Staruchu  odezwa&#322; si&#281; Jupiter w zamy&#347;leniu.

Pani Dalton milcza&#322;a przez chwil&#281;, po czym u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.

My&#347;l&#281;, &#380;e Luke jest po prostu zm&#281;czony. Wszyscy martwimy si&#281; i pracujemy zbyt ci&#281;&#380;ko. A teraz, ch&#322;opcy, co powiecie na ciastka i mleko?

Z przyjemno&#347;ci&#261; co&#347; zjemy, prosz&#281; pani  odpowiedzia&#322; Pete za nich wszystkich.

Wkr&#243;tce ch&#322;opcy zajadali ciastka w przestronnej jadalni starego domu. Kolorowe, india&#324;skie kilimy pokrywa&#322;y pod&#322;og&#281;, umeblowanie sk&#322;ada&#322;o si&#281; z prostych, wiejskich, r&#281;cznie robionych sprz&#281;t&#243;w, a jedn&#261; &#347;cian&#281; pokoju niemal ca&#322;kowicie zajmowa&#322; wielki kamienny kominek. Na &#347;cianach wisia&#322;y wypchane g&#322;owy nied&#378;wiedzi i jeleni.

Co to jest Staruch, prosz&#281; pani?  spyta&#322; Jupiter si&#281;gaj&#261;c po nast&#281;pne ciastko.

To stara india&#324;ska legenda. Dawno temu, kiedy pierwsi Hiszpanie przybyli do tego kraju, Indianie m&#243;wili, &#380;e w stawie, g&#322;&#281;boko w jaskini w Diabelskiej G&#243;rze, &#380;yje czarny i l&#347;ni&#261;cy potw&#243;r, kt&#243;rego zwali Staruchem.

Pete zmru&#380;y&#322; oczy.

Ale skoro nikt nie mo&#380;e widzie&#263; Starucha, sk&#261;d wiedzieli, &#380;e jest czarny i l&#347;ni&#261;cy?

Pani Dalton roze&#347;mia&#322;a si&#281;.

No w&#322;a&#347;nie! Widzisz, ca&#322;a historia jest oczywi&#347;cie bez sensu. Przypuszczam, &#380;e kto&#347; co&#347; kiedy&#347; zobaczy&#322;, powiedzia&#322; innym, ci co&#347; dodali od siebie i tak powsta&#322;a legenda.

Jak na to reagowali Hiszpanie?  spyta&#322; Bob.

To by&#322;o dawno temu i oni sami byli bardzo zabobonni  odpar&#322;a pani Dalton.  Co prawda utrzymywali, &#380;e nie wierz&#261; w istnienie potwora w jaskini, ale w miar&#281; mo&#380;liwo&#347;ci starali si&#281; unika&#263; doliny. Tylko najodwa&#380;niejsi, jak El Diablo, weszli w g&#322;&#261;b jaskini.

Czy mo&#380;e nam pani opowiedzie&#263; co&#347; o El Diablo?  poprosi&#322; Jupiter.

W tym momencie do pokoju wszed&#322; pan Dalton w towarzystwie niskiego, szczup&#322;ego m&#281;&#380;czyzny w okularach o grubych szk&#322;ach. Ch&#322;opcy spotkali go ju&#380; wcze&#347;niej. By&#322; to profesor Walsh, go&#347;&#263; pa&#324;stwa Dalton&#243;w.

A, to wy, ch&#322;opcy! S&#322;ysza&#322;em, &#380;e byli&#347;cie w naszej pe&#322;nej tajemnic J&#281;cz&#261;cej Dolinie?  spyta&#322;.

Nonsens!  wybuchn&#261;&#322; pan Dalton.  Nie dzieje si&#281; tam nic tajemniczego. Zwyk&#322;e wypadki, jakie mog&#261; si&#281; zdarzy&#263; na ka&#380;dym ranczo.

Ma pan oczywi&#347;cie racj&#281;  przytakn&#261;&#322; profesor Walsh.  Obawiam si&#281; jednak, &#380;e pa&#324;scy pracownicy s&#261; innego zdania. Pro&#347;ci ludzie uwierz&#261; raczej w si&#322;y nadprzyrodzone, ni&#380; przyznaj&#261; si&#281; do w&#322;asnej nieostro&#380;no&#347;ci.

Gdyby&#347;my tylko mogli dowiedzie&#263; si&#281;, co powoduje ten j&#281;k, i pokaza&#263; to im  powiedzia&#322; pan Dalton.  Po dzisiejszym wypadku strac&#281; jeszcze wi&#281;cej ludzi. Nie daj&#261; sobie nic wyt&#322;umaczy&#263;. A przecie&#380; Jupiter zorientowa&#322; si&#281; od razu, &#380;e obsuni&#281;cie kamieni spowodowa&#322;y strza&#322;y w czasie manewr&#243;w marynarki wojennej.

Prosz&#281; pana  odezwa&#322; si&#281; Jupiter oficjalnym tonem  pragn&#281;liby&#347;my panu pom&#243;c. Mamy pewne do&#347;wiadczenie w tego rodzaju sprawach. By&#263; mo&#380;e pan Crenshaw wspomnia&#322; panu o tym?

Do&#347;wiadczenie?  powt&#243;rzy&#322; pan Dalton ze zdziwieniem. Jupiter wyj&#261;&#322; z kieszeni dwie karty i poda&#322; panu Daltonowi. Pierwsza, wi&#281;ksza, wygl&#261;da&#322;a nast&#281;puj&#261;co:


TRZEJ DETEKTYWI 

Badamy wszystko 


Pierwszy Detektyw. Jupiter Jones 

Drugi Detektyw Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy. Bob Andrews 


Pan Dalton zmarszczy&#322; czo&#322;o.

Detektywi? No nie wiem, ch&#322;opcy. Obawiam si&#281;, &#380;e szeryfowi nie b&#281;dzie si&#281; zbyt podoba&#322;a wasza interwencja.

Profesor Walsh spojrza&#322; na kart&#281;.

Dlaczego tu s&#261; znaki zapytania, ch&#322;opcy? Czy&#380;by&#347;cie w&#261;tpili w wasze umiej&#281;tno&#347;ci?

Profesor roze&#347;mia&#322; si&#281; z w&#322;asnego dowcipu.

Bob i Pete u&#347;miechn&#281;li si&#281;, zostawiaj&#261;c kwesti&#281; do wyja&#347;nienia Jupiterowi. Doro&#347;li zawsze pytali o znaczenie znak&#243;w zapytania i Jupe tylko na to czeka&#322;.

Nie, prosz&#281; pana  odpar&#322;  znaki zapytania to symbol. Oznaczaj&#261; pytania bez odpowiedzi, niewyja&#347;nione tajemnice, r&#243;&#380;nego rodzaju zagadki, kt&#243;re my staramy si&#281; rozwik&#322;a&#263;. Jak dot&#261;d nie natrafili&#347;my na taki tajemniczy przypadek, kt&#243;rego nie uda&#322;oby si&#281; nam wyja&#347;ni&#263;.

Ostatnie zdanie Jupiter wypowiedzia&#322; z dum&#261;. Pan Dalton tymczasem studiowa&#322; ju&#380; drug&#261;, mniejsz&#261;, zielon&#261; kart&#281;. Ka&#380;dy z ch&#322;opc&#243;w mia&#322; tak&#261; sam&#261; i ka&#380;da g&#322;osi&#322;a, co nast&#281;puje:


Za&#347;wiadcza si&#281;, &#380;e posiadacz tej karty jest ochotniczym, m&#322;odszym pomocnikiem, wsp&#243;&#322;pracuj&#261;cym z policj&#261; w Rocky Beach. B&#281;dziemy wdzi&#281;czni za wszelk&#261; udzielon&#261; mu pomoc.

Samuel Reynolds 

Komendant policji


Profesor Walsh przeczyta&#322; r&#243;wnie&#380; zielon&#261; kart&#281;.

Ho-ho, to mo&#380;e zaimponowa&#263;. Istotnie macie dobre listy uwierzytelniaj&#261;ce.

Wykazali&#347;cie dzisiaj, ch&#322;opcy, wi&#281;cej zdrowego rozs&#261;dku ni&#380; po&#322;owa doros&#322;ych tutaj  powiedzia&#322; pan Dalton.  By&#263; mo&#380;e tego nam tu trzeba: trzej ch&#322;opcy ze &#347;wie&#380;ym spojrzeniem na spraw&#281;. Jestem pewien, &#380;e ca&#322;a ta zagadka ma proste wyja&#347;nienie. Je&#347;li przyrzekniecie mi, &#380;e zachowacie ostro&#380;no&#347;&#263;, powiem  zgoda, badajcie spraw&#281;!

B&#281;dziemy ostro&#380;ni!  wykrzykn&#281;li ch&#322;opcy ch&#243;rem.

Pani Dalton u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281;.

Jestem pewna, &#380;e przeoczyli&#347;my co&#347; ca&#322;kiem prostego, co wszystko wyja&#347;ni.

Mo&#380;e to wiatr hula po tych wszystkich starych tunelach i st&#261;d te ha&#322;asy  prychn&#261;&#322; pan Dalton lekcewa&#380;&#261;co.

Jupiter doko&#324;czy&#322; ostatnie ciastko.

Pan przeszukiwa&#322; t&#281; jaskini&#281; wraz z szeryfem?

Od pocz&#261;tku do ko&#324;ca. Wiele przej&#347;&#263; podziemnych jest zablokowanych przez rumowiska z ostatniego trz&#281;sienia ziemi, ale przeszukali&#347;my wszystkie dost&#281;pne.

Czy znalaz&#322; pan co&#347;, co mog&#322;o wygl&#261;da&#263; jakby ostatnio uleg&#322;o jakiej&#347; zmianie?  wypytywa&#322; Jupiter.

Zmianie?  pan Dalton zmarszczy&#322; czo&#322;o.  Niczego takiego nie zauwa&#380;yli&#347;my. Do czego zmierzasz, synu?

Wie pan  wyja&#347;nia&#322; Jupiter  s&#322;ysza&#322;em, &#380;e te j&#281;ki zacz&#281;&#322;y si&#281; dopiero miesi&#261;c temu. Przedtem nie s&#322;yszano ich przez pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat. Je&#347;li wiatr wywo&#322;uje ten d&#378;wi&#281;k, logicznie rzecz bior&#261;c, co&#347; musia&#322;o si&#281; zmieni&#263; w jaskini, by d&#378;wi&#281;k m&#243;g&#322; powstawa&#263; ponownie. Nie s&#261;dz&#281;, by to wiatr zmieni&#322; sw&#261; natur&#281;.

No prosz&#281;, to czysta logika!  wykrzykn&#261;&#322; profesor.  Mo&#380;e istotnie ch&#322;opcy wyci&#261;gn&#261; pana z k&#322;opot&#243;w?

Jupiter zignorowa&#322; wtr&#261;cenie Walsha.

Dowiedzia&#322;em si&#281; tak&#380;e  ci&#261;gn&#261;&#322;  &#380;e j&#281;ki daj&#261; si&#281; s&#322;ysze&#263; jedynie wieczorami, co oznacza&#322;oby, &#380;e nie tylko wiatr jest za nie odpowiedzialny. Zwr&#243;ci&#322; pan mo&#380;e uwag&#281;, czy to zdarza si&#281; ka&#380;dego wietrznego wieczoru?

Nie, nie s&#261;dz&#281;  pan Dalton zaczyna&#322; by&#263; szczerze zainteresowany.  Rozumiem, o co ci chodzi. Gdyby to by&#322; tylko wiatr, s&#322;yszeliby&#347;my j&#281;ki ka&#380;dego wietrznego wieczoru. Musi to wi&#281;c by&#263; kombinacja wiatru i pewnych specjalnych warunk&#243;w otoczenia.

Profesor Walsh u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Lub El Diablo powr&#243;ci&#322;, by noc&#261; p&#281;dzi&#263; na koniu przez dolin&#281;.

Prosz&#281; nie m&#243;wi&#263; takich rzeczy, panie profesorze  powiedzia&#322; Pete nerwowo.  Ju&#380; Jupe nap&#281;dzi&#322; nam strachu podobn&#261; uwag&#261;.

Profesor spojrza&#322; bystro na Jupitera.

Doprawdy? Nie twierdzisz chyba, &#380;e wierzysz w duchy?

Nikt nie wie nic pewnego o duchach, prosz&#281; pana  wtr&#261;ci&#322; Bob powa&#380;nie.  My osobi&#347;cie jednak nie natkn&#281;li&#347;my si&#281; nigdy na prawdziwego ducha.

No c&#243;&#380;  powiedzia&#322; profesor  Hiszpanie zawsze twierdzili, &#380;e El Diablo powr&#243;ci w razie potrzeby. Przeprowadzi&#322;em wiele bada&#324; w tej sprawie i doprawdy nie m&#243;g&#322;bym stwierdzi&#263;, &#380;e jest to zupe&#322;nie niemo&#380;liwe.

Bada&#324;?  zapyta&#322; Bob.

Profesor Walsh jest historykiem  wyja&#347;ni&#322;a pani Dalton.  Przyby&#322; na rok do Santa Carla dla dokonania specjalnych studi&#243;w nad histori&#261; Kalifornii. M&#243;j m&#261;&#380; mia&#322; nadziej&#281;, &#380;e mo&#380;e profesor m&#243;g&#322;by wyja&#347;ni&#263; naszym pracownikom spraw&#281; J&#281;cz&#261;cej Doliny.

Jak dot&#261;d nie uda&#322;o mi si&#281;  powiedzia&#322; profesor.  Ale mo&#380;e wy, ch&#322;opcy, jeste&#347;cie zainteresowani pe&#322;n&#261; histori&#261; El Diablo? Wiem o nim niemal wszystko, gdy&#380; my&#347;l&#281; o napisaniu ksi&#261;&#380;ki o tej barwnej postaci.

Wspaniale!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

Tak, chcia&#322;bym us&#322;ysze&#263; wi&#281;cej o El Diablo  popar&#322; go Jupiter.

Profesor Walsh rozsiad&#322; si&#281; wygodnie w swym fotelu i zacz&#261;&#322; opowie&#347;&#263; o s&#322;awetnym rozb&#243;jniku i jego ostatnich przygodach.

Dawno, dawno temu ziemia, stanowi&#261;ca obecnie Ranczo Krzywe Y, by&#322;a cz&#281;&#347;ci&#261; posiad&#322;o&#347;ci rodziny Delgado. By&#322; to najwi&#281;kszy maj&#261;tek ziemski, jaki kr&#243;l Hiszpanii nada&#322; swym osadnikom. Hiszpanie nie przybywali do Kalifornii tak licznie, jak Anglicy do wschodniej cz&#281;&#347;ci Ameryki, tak wi&#281;c ranczo Delgad&#243;w pozosta&#322;o bardzo rozleg&#322;&#261; prywatn&#261; posiad&#322;o&#347;ci&#261; przez wiele generacji.

P&#243;&#378;niej osadnicy ze wschodu zacz&#281;li nap&#322;ywa&#263; do Kalifornii i ziemie Delgad&#243;w zosta&#322;y rozdane, sprzedane lub zagarni&#281;te. Po Wojnie Meksyka&#324;skiej Kalifornia sta&#322;a si&#281; cz&#281;&#347;ci&#261; Stan&#243;w Zjednoczonych i coraz wi&#281;cej Amerykan&#243;w zacz&#281;&#322;o si&#281; tu osiedla&#263;, zw&#322;aszcza w czasach wielkiej gor&#261;czki z&#322;ota w 1849 r. Do roku 1880 olbrzymi maj&#261;tek Delgad&#243;w przesta&#322; niemal istnie&#263;, z wyj&#261;tkom niewielkiego kawa&#322;ka ziemi wielko&#347;ci dzisiejszego Rancza Krzywe Y, w&#322;&#261;czaj&#261;c w to J&#281;cz&#261;c&#261; Dolin&#281;.

Ostatni z Delgad&#243;w, Gaspar Ortega Jesus de Delgado y Cabrillo, by&#322; zapalczywym i dzielnym m&#322;odym cz&#322;owiekiem, kt&#243;rego niech&#281;&#263; do ameryka&#324;skich osiedle&#324;c&#243;w stopniowo przerodzi&#322;a si&#281; w g&#322;&#281;bok&#261; nienawi&#347;&#263;. Widzia&#322; w nich rabusi&#243;w, kt&#243;rzy rozkradli jego rodzinn&#261; ziemi&#281;. Gaspar mia&#322; bardzo ma&#322;o pieni&#281;dzy i &#380;adnej w&#322;adzy, ale marzy&#322;o mu si&#281; wzi&#281;cie odwetu za upadek rodziny i odzyskanie dawnej posiad&#322;o&#347;ci. Postanowi&#322; zosta&#263; wojownikiem, walcz&#261;cym w obronie wszystkich starych hiszpa&#324;sko-meksyka&#324;skich rodzin od dawien dawna zamieszkuj&#261;cych Kaliforni&#281;. Krad&#322; pieni&#261;dze z op&#322;at podatkowych, odstrasza&#322; poborc&#243;w, naje&#380;d&#380;a&#322; oficer&#243;w ameryka&#324;skich i okrada&#322; ich, kr&#243;tko m&#243;wi&#261;c pomaga&#322; hiszpanoj&#281;zycznym Kalifornijczykom i terroryzowa&#322; Amerykan&#243;w. Sta&#322; si&#281; cz&#322;owiekiem wyj&#281;tym spod prawa, ukrywaj&#261;cym si&#281; w g&#243;rach. Dla ludno&#347;ci hiszpa&#324;skiej by&#322; bohaterem, nowym Robin Hoodem, dla Amerykan&#243;w  zwyk&#322;ym bandyt&#261;. Przez dwa lata nie uda&#322;o si&#281; go schwyta&#263;.

Amerykanie nazywali Gaspara Delgado El Diablo  Diabe&#322;. Nie tylko ze wzgl&#281;du na jego wyczyny, ale g&#322;&#243;wnie od nazwy g&#243;ry mieszcz&#261;cej jaskini&#281;, w kt&#243;rej mia&#322; sw&#261; g&#322;&#243;wn&#261; siedzib&#281;.

W roku 1888 El Diablo zosta&#322; w ko&#324;cu uj&#281;ty przez szeryfa okr&#281;gu Santa Carla.

Na g&#322;o&#347;nym procesie, kt&#243;ry zdaniem hiszpa&#324;skoj&#281;zycznej cz&#281;&#347;ci ludno&#347;ci by&#322; sfabrykowany, zosta&#322; skazany na &#347;mier&#263; przez powieszenie. Dwa dni przed egzekucj&#261; przyjaciele dopomogli mu w brawurowej ucieczce w bia&#322;y dzie&#324;. El Diablo wspi&#261;&#322; si&#281; na dach wi&#281;zienia, przeskoczy&#322; na dach odleg&#322;ego o par&#281; metr&#243;w budynku, a stamt&#261;d wprost na grzbiet czekaj&#261;cego na&#324; jego czarnego konia.

Ranny w czasie ucieczki i &#347;cigany przez oddzia&#322; szeryfa, dotar&#322; jednak do swej kryj&#243;wki w jaskini w J&#281;cz&#261;cej Dolinie. Ludzie szeryfa obstawili wszystkie znane wyj&#347;cia z jaskini, ale nie weszli do &#347;rodka. Uwa&#380;ali, &#380;e g&#322;&#243;d i cierpienia wskutek odniesionych ran zmusz&#261; El Diablo do opuszczenia jaskini.

Tak wi&#281;c stali na posterunku przez kilka dni i nocy, ale El Diablo nie pokazywa&#322; si&#281;. Przez ca&#322;y czas czuwania s&#322;yszeli dziwny zawodz&#261;cy d&#378;wi&#281;k dochodz&#261;cy z g&#322;&#281;bi jaskini. Oczywi&#347;cie s&#261;dzili, &#380;e jest to, spot&#281;gowany echem, j&#281;k rannego bandyty. W ko&#324;cu szeryf nakaza&#322; swoim ludziom spenetrowanie jaskini. Przeszukali ka&#380;dy tunel w skale, ka&#380;d&#261; grot&#281; i nie znale&#378;li absolutnie nic. Po czterech dniach tych poszukiwa&#324; zabrali si&#281; do przetrz&#261;sania okolicy. Nie znaleziono jednak najmniejszego &#347;ladu po El Diablo. Ani jego, ani jego cia&#322;a, ani ubra&#324;, ani broni, ani konia, ani pieni&#281;dzy  nic.

Nigdy wi&#281;cej nie widziano El Diablo. Niekt&#243;rzy m&#243;wili, &#380;e jego ukochana, Dolores de Castillo, wesz&#322;a do jaskini sekretnym wej&#347;ciem, pomog&#322;a mu uciec i razem zbiegli do Po&#322;udniowej Ameryki, by zacz&#261;&#263; nowe &#380;ycie. Inni twierdzili, &#380;e jego przyjaciele, u&#380;ywaj&#261;c czar&#243;w, uprowadzili go ze strze&#380;onej jaskini i ukrywali to na jednym ranczu, to na drugim.

Wi&#281;kszo&#347;&#263; jednak uwa&#380;a&#322;a, &#380;e El Diablo nigdy nie opu&#347;ci&#322; jaskini, ukry&#322; si&#281; w niej tak dobrze, &#380;e Amerykanie nie zdo&#322;ali go znale&#378;&#263;, i wci&#261;&#380; tam przebywa! Przez wiele lat, ilekro&#263; w okolicy dokonano jakiego&#347; niewyja&#347;nionego gwa&#322;tu lub rabunku, m&#243;wiono, &#380;e sprawc&#261; jest El Diablo, p&#281;dz&#261;cy przez noc na swym wielkim, czarnym koniu. S&#322;yszano r&#243;wnie&#380; owe j&#281;ki, dochodz&#261;ce gdzie&#347; z g&#322;&#281;bi jaskini, kt&#243;r&#261; nazwano Jaskini&#261; El Diablo.

Potem  ko&#324;czy&#322; sw&#261; opowie&#347;&#263; profesor Walsh  j&#281;ki nagle usta&#322;y. Hiszpa&#324;ska ludno&#347;&#263; m&#243;wi&#322;a, &#380;e El Diablo jest ju&#380; znu&#380;ony i zaniecha&#322; swych nocnych najazd&#243;w, ale &#380;yje nadal w jaskini i czeka chwili, kiedy b&#281;dzie naprawd&#281; potrzebny.

Doprawdy?  zdziwi&#322; si&#281; Pete.  Ludzie my&#347;l&#261;, &#380;e on wci&#261;&#380; &#380;yje tam, w jaskini?

Czy to mo&#380;liwe?  zapyta&#322; Bob.

No c&#243;&#380;, ch&#322;opcy, jest du&#380;o nie&#347;cis&#322;o&#347;ci w zwi&#261;zku z postaci&#261; El Diablo  powiedzia&#322; profesor.  Przeprowadzi&#322;em wiele bada&#324;. Na przyk&#322;ad wszystkie rysunki pokazuj&#261; go nosz&#261;cego pistolet na prawym biodrze, a jestem pewien, &#380;e by&#322; lewor&#281;ki!

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; w zamy&#347;leniu.

Cz&#281;sto historie o legendarnych postaciach s&#261; nie bardzo zgodne z prawd&#261;.

W&#322;a&#347;nie  przytakn&#261;&#322; profesor.  Wersja oficjalna g&#322;osi&#322;a, &#380;e jego rany nie by&#322;y &#347;miertelne. Tak wi&#281;c, wzi&#261;wszy pod uwag&#281;, &#380;e mia&#322; tylko osiemna&#347;cie lat w roku 1888, jest absolutnie mo&#380;liwe, &#380;e El Diablo wci&#261;&#380; &#380;yje!



ROZDZIA&#321; 4. Dochodzenie rozpoczyna si&#281;

To &#347;mieszne, profesorze!  wykrzykn&#261;&#322; pan Dalton.  Mia&#322;by teraz oko&#322;o stu lat. Trudno sobie wyobrazi&#263;, by taki starzec gania&#322; po polach!

Nie da&#322;by pan wiary, jak &#380;wawi mog&#261; by&#263; starzy ludzie  powiedzia&#322; spokojnie profesor.  S&#261; doniesienia o ludziach w po&#322;udniowej Rosji, na Kaukazie, kt&#243;rzy maj&#261;c sto lat i wi&#281;cej s&#261; pe&#322;nosprawni. Poza tym nasz staruszek nie robi nic poza wydawaniem j&#281;k&#243;w.

To prawda  przytakn&#261;&#322; Jupiter.

Jest tak&#380;e zupe&#322;nie mo&#380;liwe, &#380;e El Diablo mia&#322; potomstwo  kontynuowa&#322; profesor.  By&#263; mo&#380;e jego wnuk usi&#322;uje wskrzesi&#263; legend&#281; przodka, nap&#281;dzaj&#261;c strachu ameryka&#324;skim farmerom.

To jest mo&#380;liwe  powiedzia&#322; Dalton mniej sceptycznie.  Nasi poprzednicy nie u&#380;ytkowali J&#281;cz&#261;cej Doliny, ja za&#347; chcia&#322;bym wybudowa&#263; tam zagrod&#281; dla byd&#322;a. By&#263; mo&#380;e jaki&#347; potomek El Diablo nie &#380;yczy sobie, by kto&#347; wkracza&#322; na teren obj&#281;ty legend&#261;.

Jess, to mo&#380;e by&#263; wyja&#347;nienie zagadki!  wykrzykn&#281;&#322;a pani Dalton.  Pami&#281;tasz? Nasi starsi meksyka&#324;scy pracownicy sprzeciwiali si&#281; zagospodarowaniu J&#281;cz&#261;cej Doliny, jeszcze nim zacz&#281;&#322;y si&#281; te j&#281;ki.

Oni te&#380; pierwsi nas opu&#347;cili  podj&#261;&#322; pan Dalton.  Jutro p&#243;jd&#281; porozmawia&#263; z szeryfem. Mo&#380;e wie co&#347; o potomkach El Diablo.

Mo&#380;e chcieliby&#347;cie pa&#324;stwo zobaczy&#263; podobizn&#281; El Diablo?  zapyta&#322; profesor Walsh.

Wyj&#261;&#322; ma&#322;y obrazek z portfela i poda&#322; zgromadzonym. By&#322;a to fotografia portretu i ukazywa&#322;a m&#322;odego cz&#322;owieka, niemal ch&#322;opca, o p&#322;on&#261;cych ciemnych oczach i dumnej twarzy. Nosi&#322; wysokie czarne sombrero z szerokim rondem, kr&#243;tki czarny &#380;akiet, czarn&#261; koszul&#281; z wysokim ko&#322;nierzykiem, czarne spodnie, obcis&#322;e g&#243;r&#261; z rozszerzaj&#261;cymi si&#281; nogawkami, i czarne l&#347;ni&#261;ce buty o spiczasto zako&#324;czonych noskach.

Czy zawsze ubiera&#322; si&#281; na czarno?  zapyta&#322; Bob.

Zawsze  odpar&#322; profesor.  Mawia&#322;, &#380;e jest w &#380;a&#322;obie po swych rodakach i swym kraju.

By&#322; tylko zwyk&#322;ym bandyt&#261;, jutro pogadam z szeryfem, &#380;eby sprawdzi&#322;, czy jaki&#347; g&#322;upiec nie stara si&#281; kontynuowa&#263; jego wyczyn&#243;w  powiedzia&#322; pan Dalton.  Ranczo nie mo&#380;e obs&#322;u&#380;y&#263; si&#281; samo i jakkolwiek interesuj&#261;cy jest El Diablo, musz&#281; wraca&#263; do roboty. A wy, ch&#322;opcy, jeste&#347;cie pewnie zm&#281;czeni po waszej w&#281;dr&#243;wce. Czeka nas jutro ci&#281;&#380;ka praca. Ojciec Pete'a m&#243;wi&#322;, &#380;e chcecie dowiedzie&#263; si&#281; wszystkiego o prowadzeniu rancza. No, najlepszy spos&#243;b zdobywania wiedzy to praca.

Doprawdy, nie jeste&#347;my zm&#281;czeni  zaprotestowa&#322; Jupiter.  Prawda, ch&#322;opaki?

Zupe&#322;nie nie  powiedzia&#322; Bob.

Ale&#380; nie  zawt&#243;rowa&#322; Pete.

Jest jeszcze wcze&#347;nie i wiecz&#243;r taki pi&#281;kny  doda&#322; Jupiter.  Chcieliby&#347;my pozna&#263; dok&#322;adnie okolic&#281;. Pla&#380;a, na przyk&#322;ad, jest szczeg&#243;lnie interesuj&#261;ca wieczorem. Morze wyrzuca wtedy na brzeg godne uwagi okazy przybrze&#380;nej fauny i flory.

Pa&#324;stwo Daltonowie zdawali si&#281; by&#263; pod wra&#380;eniem elokwencji Jupitera. Mia&#322; zwyczaj u&#380;ywania wyszukanych s&#322;&#243;w, by doro&#347;li uwa&#380;ali go za starszego, ni&#380; by&#322; w istocie. Bob i Pete zdawali sobie spraw&#281;, &#380;e Jupiter planuje co&#347; wi&#281;cej ni&#380; zwyk&#322;y spacer po pla&#380;y. Ze wszystkich si&#322; starali si&#281; nie wygl&#261;da&#263; sennie.

Sama nie wiem  zacz&#281;&#322;a z pow&#261;tpiewaniem pani Dalton.

Ale dlaczego nie  przerwa&#322; jej m&#261;&#380;.  Jest jeszcze wcze&#347;nie i rozumiem, &#380;e pierwsza noc na ranczu jest zbyt ekscytuj&#261;ca, by j&#261; zmarnowa&#263; na spanie. Spacer dobrze im zrobi, Marto. Lepiej, &#380;eby obejrzeli sobie pla&#380;&#281; dzisiejszego wieczoru, gdy&#380; jutro rano mam dla nich sporo zaj&#281;&#263;.

Zgoda wi&#281;c  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; pani Dalton.  Zmykajcie, ch&#322;opcy, ale nie wracajcie p&#243;&#378;niej ni&#380; o dziesi&#261;tej. Wstajemy tu wcze&#347;nie rano.

Ch&#322;opcy nie zwlekali. Odnie&#347;li swoje talerze i szklanki po mleku do kuchni i opu&#347;cili dom kuchennym wyj&#347;ciem.

Jupiter natychmiast zabra&#322; si&#281; do rzeczy, wydaj&#261;c polecenia:

Pete id&#378; do szopy i przynie&#347; du&#380;y zw&#243;j liny, kt&#243;ry tam widzia&#322;em. Ty, Bob, id&#378; do naszego pokoju i przynie&#347; kawa&#322;ki kredy i latarki elektryczne. Ja przygotuj&#281; rowery.

Jedziemy do jaskini?  zapyta&#322; Bob.

Tak jest. Tylko tam mo&#380;emy znale&#378;&#263; wyja&#347;nienie tajemnicy J&#281;cz&#261;cej Doliny.

Do jaskini? Teraz?  Pete mia&#322; do&#347;&#263; niewyra&#378;n&#261; min&#281;.  Nie lepiej przy dziennym &#347;wietle?

Co za r&#243;&#380;nica, w jaskini jest zawsze ciemno  odpar&#322; Jupiter.  Zreszt&#261; j&#281;ki dochodz&#261; tylko wieczorami, i to nie zawsze. S&#322;yszeli&#347;my je dzisiaj i je&#347;li nie p&#243;jdziemy teraz, by&#263; mo&#380;e b&#281;dziemy musieli czeka&#263; kilka dni, a&#380; si&#281; powt&#243;rz&#261;.

Pete i Bob musieli uzna&#263; s&#322;uszno&#347;&#263; tego rozumowania i poszli wykona&#263; dane im polecenia. Wkr&#243;tce wszyscy trzej spotkali si&#281; przy furtce. Pete przymocowa&#322; zw&#243;j liny do baga&#380;nika swego roweru i ruszyli w&#261;sk&#261; &#347;cie&#380;k&#261; ku dolinie. Wiecz&#243;r by&#322; ciep&#322;y, ksi&#281;&#380;yc wzeszed&#322; ju&#380; i oblewa&#322; srebrzystym &#347;wiat&#322;em drog&#281; przed nimi.

Ranczo Krzywe Y rozci&#261;ga&#322;o si&#281; wzd&#322;u&#380; Pacyfiku, ale sam ocean ukryty by&#322; za pasmem skalistych g&#243;r. W &#347;wietle ksi&#281;&#380;yca wydawa&#322;y si&#281; wysokie i majestatyczne, a przydro&#380;ne d&#281;by jawi&#322;y si&#281; jako bia&#322;awe duchy. S&#322;ycha&#263; by&#322;o niespokojny ruch byd&#322;a w polu i parskanie koni.

Nagle powietrze przeszy&#322; przeci&#261;g&#322;y j&#281;k.

Aaauuuuuuu-uuuu-uuu-uu!

Mimo &#380;e nie pierwszy raz s&#322;yszeli to niesamowite zawodzenie, Bob i Pete a&#380; podskoczyli na swych rowerach.

Dobrze  szepn&#261;&#322; Jupiter.  Nie przesta&#322;a j&#281;cze&#263;.

Odstawili cicho rowery i wspi&#281;li si&#281; na ska&#322;y otaczaj&#261;ce dolin&#281;. Zeszli w d&#243;&#322; i szli przez zalan&#261; ksi&#281;&#380;ycowym &#347;wiat&#322;em dolin&#281; ku czarnemu otworowi Jaskini El Diablo. Bob wzdrygn&#261;&#322; si&#281;.

O Bo&#380;e, Jupe, wci&#261;&#380; mi si&#281; wydaje, &#380;e co&#347; si&#281; tam rusza.

A mnie, &#380;e s&#322;ysz&#281; g&#322;osy  doda&#322; Pete.

To tylko wasza wyobra&#378;nia  powiedzia&#322; Jupiter.  Po tym, co&#347;my si&#281; nas&#322;uchali i w tej niesamowitej scenerii, ka&#380;dy cie&#324; i szmer budzi groz&#281;. No, gotowi? Bob, sprawd&#378; jeszcze raz latarki.

Pete przewiesi&#322; lin&#281; przez rami&#281;, ka&#380;dy z nich wzi&#261;&#322; do r&#281;ki latark&#281; i sw&#243;j kawa&#322;ek kredy.

Jaskinie mog&#261; by&#263; niebezpieczne, gdy nie podejmie si&#281; pewnych &#347;rodk&#243;w ostro&#380;no&#347;ci  m&#243;wi&#322; Jupiter.  Najwi&#281;ksze zagro&#380;enie to mo&#380;liwo&#347;&#263; obsuni&#281;cia si&#281; w rozpadlin&#281; skaln&#261; albo zgubienie si&#281;. Mamy lin&#281; na wypadek, gdyby kt&#243;ry&#347; z nas spad&#322;, a znacz&#261;c nasz szlak kred&#261;, nie zab&#322;&#261;dzimy. Poza tym musimy si&#281; stale trzyma&#263; razem.

Czy mamy znaczy&#263; drog&#281; znakami zapytania?

Tak jest. I dodamy strza&#322;ki dla oznaczenia kierunku w jakim idziemy  odpowiedzia&#322; Jupiter.

Znaki zapytania by&#322;y jednym z ich najlepszych pomys&#322;&#243;w. Zostawiali je w widocznym miejscu ilekro&#263; szli jakim&#347; tropem. U&#322;atwia&#322;o to nie tylko powr&#243;t, ale tak&#380;e dawa&#322;o zna&#263; pozosta&#322;ym, kt&#243;r&#281;dy szed&#322; jeden z Detektyw&#243;w. Ka&#380;dy z nich mia&#322; sw&#243;j kolor kredy: Jupiter  bia&#322;y, Pete  niebieski, a Bob  zielony. Wiedzieli wi&#281;c r&#243;wnie&#380;, kt&#243;ry&#380; nich zostawi&#322; znak.

Dobra, gotowi?  zapyta&#322; Pete.

My&#347;l&#281;, &#380;e tak  odpowiedzia&#322; Jupiter z zadowoleniem.

Wzi&#281;li g&#322;&#281;boki oddech i skierowali si&#281; do otworu jaskini. I wtedy zn&#243;w da&#322; si&#281; s&#322;ysze&#263; przeci&#261;g&#322;y j&#281;k:

Aaauuuuuuuuuu-uuuu-uuu-uu!

Id&#261;cy przodem Jupiter za&#347;wieci&#322; ju&#380; sw&#261; latark&#281;. Poczuli na twarzach silny podmuch zimnego powietrza. Wtem rozleg&#322; si&#281; dudni&#261;cy ha&#322;as. Zatrzymali si&#281;.

Co to?!  krzykn&#261;&#322; Bob.

D&#378;wi&#281;k nasila&#322; si&#281; i wskutek echa wywo&#322;anego nieckowatym kszta&#322;tem doliny zdawa&#322; si&#281; dochodzi&#263; ze wszystkich stron.

Tam! Patrzcie!  wrzasn&#261;&#322; Pete wskazuj&#261;c w g&#243;r&#281;.

Olbrzymi g&#322;az toczy&#322; si&#281; w d&#243;&#322; po stromym zboczu Diabelskiej G&#243;ry w&#347;r&#243;d strumienia mniejszych kamieni.

Skaczcie!  krzycza&#322; Pete.

Bob przekozio&#322;kowa&#322; w bok, uskakuj&#261;c z drogi p&#281;dz&#261;cego g&#322;azu. Lecz Jupiter sta&#322; jak wro&#347;ni&#281;ty w ziemi&#281;, wpatruj&#261;c si&#281; w olbrzymi kamie&#324;, spadaj&#261;cy wprost na niego.



ROZDZIA&#321; 5. Jaskinia El Diablo

Pete zwali&#322; si&#281; ca&#322;ym cia&#322;em na Jupitera, tym sposobem odrzucaj&#261;c go w bok. Niemal r&#243;wnocze&#347;nie g&#322;az r&#261;bn&#261;&#322; w ziemi&#281; z mia&#380;d&#380;&#261;c&#261; si&#322;&#261; dok&#322;adnie w miejscu, gdzie przed sekund&#261; sta&#322; Pierwszy Detektyw.

Bob zerwa&#322; si&#281; na nogi.

Nic si&#281; wam nie sta&#322;o?  dopytywa&#322; si&#281; z niepokojem.

Pete podni&#243;s&#322; si&#281;.

Mnie nic, jak z tob&#261;, Jupe?

Jupiter wsta&#322; powoli i zacz&#261;&#322; machinalnie otrzepywa&#263; ubranie. Patrzy&#322; na nich nie widz&#261;cymi oczami w g&#322;&#281;bokiej zadumie.

Nie by&#322;em w stanie si&#281; ruszy&#263;. Bardzo interesuj&#261;ca reakcja  zamy&#347;li&#322; si&#281;.  Tak si&#281; zachowuj&#261; ma&#322;e zwierz&#281;ta sparali&#380;owane wzrokiem w&#281;&#380;a. Daj&#261; si&#281; z &#322;atwo&#347;ci&#261; schwyta&#263;, chocia&#380; mia&#322;y do&#347;&#263; czasu, by uciec.

Bob i Pete z niedowierzaniem patrzyli na przyjaciela, kt&#243;ry ch&#322;odno analizowa&#322; swe zachowanie, ledwie unikn&#261;wszy tragicznego wypadku. Patrzy&#322; teraz z uwag&#261; na o&#347;wietlone ksi&#281;&#380;ycem zbocze Diabelskiej G&#243;ry.

Wygl&#261;da na to, &#380;e tam w g&#243;rze jest wiele obluzowanych g&#322;az&#243;w  stwierdzi&#322;.  Zbocze jest bardzo suche. Wydaje mi si&#281;, &#380;e obsuwanie si&#281; kamieni musi tu by&#263; na porz&#261;dku dziennym, teraz po tych &#263;wiczeniach marynarki wojennej.

Wszyscy trzej podeszli do wielkiego kamienia. By&#322; zaryty g&#322;&#281;boko w ziemi&#281;, na metr od wej&#347;cia do Jaskini El Diablo.

Patrzcie, w tym miejscu jest porysowany  wskaza&#322; Bob.  O rany! Czy my&#347;lisz, Jupe, &#380;e kto&#347; pchn&#261;&#322; go na nas?  Rzeczywi&#347;cie s&#261; zadrapania  Jupiter dok&#322;adnie ogl&#261;da&#322; g&#322;az.  Nic w tym zreszt&#261; dziwnego.

Pewnie od uderze&#324; o ska&#322;y po drodze  podsun&#261;&#322; szybko Pete.

Tak  powiedzia&#322; Bob.  Nie widzieli&#347;my przecie&#380; nikogo na g&#243;rze.

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Istotnie, ale ten kto&#347; m&#243;g&#322; nie chcie&#263;, by go widziano.  Brr, mo&#380;e lepiej wraca&#263;?  powiedzia&#322; Pete.

Nie ma mowy  odpar&#322; Jupiter.  Musimy tylko podwoi&#263; ostro&#380;no&#347;&#263;. W ko&#324;cu g&#322;azy nie mog&#261; spada&#263; na nas wewn&#261;trz jaskini.

Za&#347;wiecili latarki, Bob narysowa&#322; na skale przy otworze strza&#322;k&#281; i znak zapytania i weszli do &#347;rodka.

Znale&#378;li si&#281; w d&#322;ugim, mrocznym korytarzu, kt&#243;ry prowadzi&#322; w g&#322;&#261;b Diabelskiej G&#243;ry. Jego kamienne &#347;ciany by&#322;y g&#322;adkie, a sklepienie do&#347;&#263; wysokie, by najwy&#380;szy z nich, Pete, m&#243;g&#322; i&#347;&#263; wyprostowany. Po mniej wi&#281;cej dwunastu metrach korytarz rozszerza&#322; si&#281; w olbrzymi&#261; grot&#281;. Latarki ch&#322;opc&#243;w rzuca&#322;y wok&#243;&#322; snopy &#347;wiat&#322;a. Znajdowali si&#281; jakby w wielkiej sali o wysokim stropie. Przeciwleg&#322;y jej koniec by&#322; tak odleg&#322;y, &#380;e zaledwie mogli go widzie&#263;.

To wygl&#261;da jak dworzec kolejowy du&#380;ego miasta!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.  Nigdy nie widzia&#322;em tak ogromnej groty.  Jego g&#322;os brzmia&#322; g&#322;ucho i odleg&#322;e.

Halo!  zawo&#322;a&#322; Pete.

Halo halo halooo  powt&#243;rzy&#322;o echo.

Ch&#322;opcy roze&#347;miali si&#281;.

Halo haloooo!  wykrzykiwa&#322; Bob.

Podczas gdy Pete i Bob zabawiali si&#281; echem, Jupiter bada&#322; dok&#322;adnie &#347;cian&#281; groty.

Chod&#378;cie tu!  zawo&#322;a&#322; ich nagle.

W &#347;cianie by&#322; ma&#322;y, czarny otw&#243;r  pocz&#261;tek tunelu, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; prowadzi&#263; na zewn&#261;trz. Ch&#322;opcy przebiegli &#347;wiat&#322;ami latarek po wszystkich &#347;cianach groty i zobaczyli wiele podobnych otwor&#243;w. Doliczyli si&#281; dziesi&#281;ciu tuneli, biegn&#261;cych od du&#380;ej groty w g&#322;&#261;b g&#243;ry.

Masz ci problem  powiedzia&#322; Pete.  Kt&#243;rym tu i&#347;&#263;?

Wszystkie pasa&#380;e wygl&#261;da&#322;y jednakowo  by&#322;y wysoko&#347;ci wzrostu Pete'a i ponad metrowej szeroko&#347;ci.

Zdaje si&#281;, &#380;e Jaskinia El Diablo jest wielkim kompleksem korytarzy i grot, ci&#261;gn&#261;cych si&#281; wewn&#261;trz ca&#322;ej g&#243;ry  powiedzia&#322; Jupiter.

Pewnie dlatego ludzie szeryfa nie znale&#378;li El Diablo  zauwa&#380;y&#322; Bob.  W&#347;r&#243;d tylu przej&#347;&#263; &#322;atwo mu by&#322;o si&#281; ukry&#263;.

Tak, to mog&#322;oby by&#263; wyt&#322;umaczenie  przytakn&#261;&#322; Jupiter.

Jak w og&#243;le powstaje taka jaskinia?  zapyta&#322; Pete, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; wok&#243;&#322;.

G&#322;&#243;wnie wskutek erozji  wyja&#347;ni&#322; Bob.  Czyta&#322;em o tym w bibliotece. G&#243;ra tego rodzaju uformowana jest ze ska&#322; o r&#243;&#380;nej twardo&#347;ci. Woda wsi&#261;ka w te bardziej mi&#281;kkie i powoli je kruszy. Taki proces trwa czasami miliony lat. Dawno temu znaczna cz&#281;&#347;&#263; tego terenu by&#322;a pod wod&#261;.

Bob ma racj&#281;  przytakn&#261;&#322; Jupiter  ale ja nie jestem pewien, czy te wszystkie tunele powsta&#322;y w naturalny spos&#243;b. Niekt&#243;re z nich wygl&#261;daj&#261; na wykute przez cz&#322;owieka. By&#263; mo&#380;e przez band&#281; El Diablo.

Albo poszukiwaczy, Jupe  powiedzia&#322; Bob.  Czyta&#322;em, &#380;e szukano z&#322;ota w tej okolicy.

Pete o&#347;wietla&#322; latark&#261; jeden pasa&#380; po drugim.

Do kt&#243;rego wchodzimy?  zapyta&#322;.

Przeszukanie tych wszystkich korytarzy mo&#380;e nam zaj&#261;&#263; miesi&#261;c  odezwa&#322; si&#281; Bob.  Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e dalej te&#380; si&#281; rozga&#322;&#281;ziaj&#261;.

Prawdopodobnie  przytakn&#261;&#322; Jupiter.  Na szcz&#281;&#347;cie jest prosty spos&#243;b wyeliminowania wi&#281;kszo&#347;ci z nich. Chcemy si&#281; dowiedzie&#263;, sk&#261;d bierze si&#281; to zawodzenie. Musimy po prostu przy wej&#347;ciu do ka&#380;dego pasa&#380;u s&#322;ucha&#263; tak d&#322;ugo, a&#380; znajdziemy ten, z kt&#243;rego dobiega j&#281;k.

Racja!  wykrzykn&#261;&#322; Pete entuzjastycznie.  B&#281;dziemy szli za j&#281;kiem.

Ale Jupe  zatroska&#322; si&#281; Bob  ten j&#281;k chyba usta&#322;. Od kiedy weszli&#347;my do &#347;rodka, nie s&#322;ysza&#322;em go wi&#281;cej.

Ch&#322;opcy stali nieruchomo nas&#322;uchuj&#261;c pilnie. Bob mia&#322; racj&#281;. Jaskinia milcza&#322;a jak gr&#243;b.

Co to mo&#380;e znaczy&#263;? Jak my&#347;lisz, Jupe?  pyta&#322; Pete niespokojnie.

Jupiter kr&#281;ci&#322; g&#322;ow&#261; skonsternowany.

Nie wiem. Mo&#380;e to chwilowe. Mo&#380;e, cokolwiek to jest, zacznie sw&#243;j j&#281;k na nowo.

Czekali jednak na pr&#243;&#380;no. Min&#281;&#322;o dziesi&#281;&#263; minut i w jaskini nie rozleg&#322; si&#281; najs&#322;abszy nawet d&#378;wi&#281;k.

Jupe, pami&#281;tam, &#380;e ostatni raz s&#322;ysza&#322;em j&#281;k przed upadkiem tego g&#322;azu  odezwa&#322; si&#281; wreszcie Bob.  Tylko, prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, nie bardzo potem s&#322;ucha&#322;em.

Byli&#347;my zbyt podekscytowani, &#380;eby s&#322;ucha&#263;  przyzna&#322; Jupiter.

Nie mo&#380;emy wiedzie&#263; na pewno, kiedy usta&#322;.

Do licha, i co teraz?!  zakl&#261;&#322; Pete.

Mo&#380;e znowu si&#281; zacznie  powiedzia&#322; Jupiter z nadziej&#261;.  Pan Dalton m&#243;wi&#322; przecie&#380;, &#380;e jaskinia j&#281;czy nieregularnie. My&#347;l&#281;, &#380;e czekaj&#261;c powinni&#347;my przeszukiwa&#263; jeden korytarz po drugim.

Bob i Pete zgodzili si&#281; ch&#281;tnie. Wszystko by&#322;o lepsze od bezczynnego stania w pe&#322;nej widmowych cieni grocie. Bob narysowa&#322; znak zapytania i strza&#322;k&#281; przy pierwszym otworze i weszli w g&#322;&#261;b pasa&#380;u.

Poruszali si&#281; ostro&#380;nie, o&#347;wietlaj&#261;c latarkami drog&#281; przed sob&#261;, a&#380; po nieca&#322;ych dziesi&#281;ciu metrach korytarz si&#281; sko&#324;czy&#322;. Przej&#347;cie blokowa&#322;a sterta obsuni&#281;tych kamieni.

Pan Dalton m&#243;wi&#322;, &#380;e wiele korytarzy jest kompletnie zablokowanych wskutek trz&#281;sienia ziemi  przypomnia&#322; sobie Bob.

My&#347;lisz, &#380;e mo&#380;e si&#281; to powt&#243;rzy&#263;? Mo&#380;e to niebezpieczne, wchodzi&#263; w te tunele?  zaniepokoi&#322; si&#281; Pete.

Nie, sklepienia s&#261; bardzo mocne  zapewni&#322; go Jupiter.  Te kamienie spad&#322;y wskutek pot&#281;&#380;nego wstrz&#261;su i te&#380; tylko w najs&#322;abszych miejscach. To jest bardzo bezpieczna jaskinia.

Zawr&#243;cili i ponowili pr&#243;b&#281; w nast&#281;pnych czterech tunelach, pieczo&#322;owicie znacz&#261;c sw&#261; drog&#281;. Wszystkie cztery by&#322;y jednak podobnie zablokowane.

Tracimy czas  zniecierpliwi&#322; si&#281; w ko&#324;cu Jupiter.  Rozdzielimy si&#281; i ka&#380;dy b&#281;dzie przeszukiwa&#322; inny korytarz. Nie mo&#380;na si&#281; w nich zgubi&#263;.

Ka&#380;dy z nas p&#243;jdzie swoim tunelem a&#380; do ko&#324;ca  zgodzi&#322; si&#281; Bob.  Chyba &#380;e si&#281; oka&#380;e, i&#380; nie jest zablokowany po kilkunastu metrach albo rozga&#322;&#281;zia si&#281;.

Tak jest  powiedzia&#322; Jupiter.  Je&#347;li kt&#243;ry&#347; z nas znajdzie niezablokowany pasa&#380;, wr&#243;ci tu i poczeka na innych.

Zag&#322;&#281;bili si&#281;, ka&#380;dy w innym tunelu. Jupiter odkry&#322;, &#380;e jego korytarz powsta&#322; w naturalny spos&#243;b tylko na kr&#243;tkim odcinku. Potem dostrzeg&#322; w &#347;wietle latarki drewniane s&#322;upy i belki spi&#281;te z nimi klamrami i podtrzymuj&#261;ce &#347;ciany i strop, jak w kopalnianym szybie. Przeszed&#322; jeszcze par&#281; metr&#243;w, studiuj&#261;c bacznie &#347;ciany i pod&#322;o&#380;e.

Nagle wyros&#322;a przed nim &#347;ciana z kamieni i gliny, kt&#243;ra zamyka&#322;a szczelnie szyb. Kiedy przykl&#261;k&#322;, by zbada&#263; j&#261; dok&#322;adnie zauwa&#380;y&#322; ma&#322;y, czarny kamie&#324;, kt&#243;ry go zaintrygowa&#322;. By&#322; zupe&#322;nie inny ni&#380; te, kt&#243;re widzia&#322; wok&#243;&#322;. Podni&#243;s&#322; go i schowa&#322; do kieszeni.

W tym momencie w tunelu rozleg&#322; si&#281; krzyk:

Jupe! Bob! Szybko!


Tymczasem Bob trafi&#322; swym korytarzem wprost do nowej groty, podobnej do pierwszej. Rozgl&#261;da&#322; si&#281; po niej ciekawie. By&#322;o w jej &#347;cianach r&#243;wnie&#380; pe&#322;no otwor&#243;w do nast&#281;pnych pasa&#380;y. W&#322;a&#347;nie zdecydowa&#322; zawr&#243;ci&#263; i podzieli&#263; si&#281; swym odkryciem z pozosta&#322;ymi, gdy dobieg&#322; go krzyk Pete'a. Rzuci&#322; si&#281; p&#281;dem do wej&#347;cia do tunelu, kt&#243;rym przeszed&#322;.

Jupiter bieg&#322; spiesznie ku otworowi pasa&#380;u Pete'a, gdy co&#347; zwali&#322;o si&#281; na niego z impetem. Roz&#322;o&#380;y&#322; si&#281; jak d&#322;ugi na kamiennej pod&#322;odze, a jakie&#347; szalone stworzenie wczepi&#322;o si&#281; w niego pazurami.

Pomocy!  wrzasn&#261;&#322; mu w ucho g&#322;os Boba.

Bob, to ja  krzykn&#261;&#322;.

Wczepiaj&#261;ce si&#281; w niego r&#281;ce zwolni&#322;y uchwyt i obaj ch&#322;opcy o&#347;wietlili si&#281; nawzajem latarkami.

Rany Boskie, my&#347;la&#322;em, &#380;e co&#347; mnie zaatakowa&#322;o  powiedzia&#322; Bob.

Odnios&#322;em akurat to samo wra&#380;enie  odpar&#322; Jupiter.  Wpadli&#347;my w panik&#281; s&#322;ysz&#261;c wo&#322;anie Pete'a

Pete!  zawo&#322;a&#322; Bob.

Biegnijmy!

Wpadli obaj do tunelu, kt&#243;rym poszed&#322; Pete. Zdawa&#322; si&#281; d&#322;u&#380;szy od innych. Biegli spory kawa&#322;ek, nim dostrzegli &#347;wiat&#322;o latarki Pete'a.

Tu jestem!  wo&#322;a&#322;.

Sta&#322; po&#347;rodku du&#380;ej groty z poblad&#322;&#261; twarz&#261;. Snop &#347;wiat&#322;a jego latarki by&#322; skierowany na &#347;cian&#281; po lewej stronie.

Tam by&#322;o co&#347;  wyj&#261;ka&#322;.  Widzia&#322;em. Ca&#322;e czarne i b&#322;yszcz&#261;ce.

Bob i Jupiter zwr&#243;cili swe latarki na to samo miejsce. Nie by&#322;o tam nic, poza kamienn&#261; &#347;cian&#261;.

Mo&#380;e to tylko nerwy, Pete  powiedzia&#322; Bob.  Mo&#380;e powinni&#347;my si&#281; jednak trzyma&#263; razem.

Jupiter podszed&#322; do wskazanego przez Pete'a miejsca i przykucn&#261;&#322;.

To nie by&#322;y tylko nerwy Bob  powiedzia&#322;.  Zobacz.

Bob i Pete zbli&#380;yli si&#281; do Jupe'a. Na kamiennej pod&#322;odze wida&#263; by&#322;o dwa du&#380;e, ciemne, jajowate &#347;lady. &#346;lady st&#243;p. B&#322;yszcza&#322;y w &#347;wietle latarki.

Co  Bob zawaha&#322; si&#281;  co to jest, Jupe?

Co&#347; mokrego  odpowiedzia&#322; Jupiter  prawdopodobnie woda.

Hm  Pete prze&#322;kn&#261;&#322; nerwowo &#347;lin&#281;.  M&#243;wi&#322;em wam, &#380;e co&#347; widzia&#322;em. Kiedy wyszed&#322;em z tunelu us&#322;ysza&#322;em szmer. Skierowa&#322;em tam latark&#281; i zobaczy&#322;em t&#281; t&#281; rzecz! Tu, pod &#347;cian&#261;. To by&#322;o du&#380;e. By&#322;em tak zaskoczony, &#380;e upu&#347;ci&#322;em latark&#281;, a kiedy j&#261; podnios&#322;em, tego ju&#380; nie by&#322;o.

Jupiter ogl&#261;da&#322; w &#347;wietle latarki pod&#322;og&#281; wok&#243;&#322; &#347;lad&#243;w. By&#322;a zupe&#322;nie sucha, podobnie &#347;ciany i sklepienie.

Nic poza tym nie jest mokre  powiedzia&#322;.  Pete ma racj&#281;. Co&#347; sta&#322;o w tym miejscu. Co&#347;, co zostawi&#322;o mokre &#347;lady.

Takie du&#380;e? Musz&#261; mie&#263; z osiemdziesi&#261;t centymetr&#243;w d&#322;ugo&#347;ci!  dziwi&#322; si&#281; Bob.

Co najmniej  stwierdzi&#322; Jupiter powa&#380;nie.  I by&#322;o to du&#380;e, czarne i b&#322;yszcz&#261;ce. Jaki&#347; rodzaj

Potwora!  doko&#324;czy&#322; Pete.

Staruch!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

Ch&#322;opcy spojrzeli po sobie zal&#281;knieni. Nie wierzyli w potwory, ale co mog&#322;o zostawi&#263; tak olbrzymie &#347;lady?

Nagle o&#347;lepi&#322;o ich ostre &#347;wiat&#322;o. Przera&#380;eni przylgn&#281;li do &#347;ciany. Zza &#347;wiat&#322;a dobieg&#322; ich ochryp&#322;y g&#322;os:

Co tu si&#281; dzieje?

Wolno zbli&#380;a&#322;a si&#281; do nich jaka&#347; posta&#263;  zgi&#281;ta sylwetka starego cz&#322;owieka z bia&#322;&#261;, zmierzwion&#261; brod&#261; i z olbrzymi&#261; strzelb&#261; w r&#281;ce.



ROZDZIA&#321; 6. Niebezpieczna wyprawa

Stary cz&#322;owiek machn&#261;&#322; r&#281;k&#261; w kierunku ciemnych tuneli.

Te korytarze id&#261; hen daleko do &#347;rodka  powiedzia&#322; wysokim, &#322;ami&#261;cym si&#281; g&#322;osem.  Wy, m&#322;odziaki, mo&#380;ecie si&#281; bardzo &#322;atwo w nich zgubi&#263;.

W jego czerwono obrze&#380;onych oczach zapali&#322;y si&#281; niedobre b&#322;yski.

Trzeba by&#263; tu wielce ostro&#380;nym  zaskrzecza&#322;.  Trzeba zna&#263; ten kraj, tak, panie. Siedemdziesi&#261;t lat tu &#380;yj&#281; i nigdy nie straci&#322;em mego skalpu, o nie, panie. My&#347;le&#263; na zapas, to ca&#322;a historia. Zna&#263; kraj i walczy&#263; z wrogami.

Skalp?  zdumia&#322; si&#281; Pete.  Pan walczy&#322; z Indianami? Tutaj?

Stary machn&#261;&#322; sw&#261; antyczn&#261; strzelb&#261;.

Indiany! Powiem wam o nich, powiem. &#379;y&#322;em z nimi ca&#322;e moje &#380;ycie. Mili ludzie, ale twardzi wrogowie, tak panie. Dwa razy ma&#322;o nie straci&#322;em skalpu. Raz w kraju Utek&#243;w, raz w kraju Apaczy. Przebiegli ci Apacze. Ale uciek&#322;em.

Nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby tu byli teraz jacy&#347; Indianie, prosz&#281; pana  powiedzia&#322; Jupiter grzecznie.  I na pewno si&#281; nie zgubimy.

Wzrok cz&#322;owieka spocz&#261;&#322; na ch&#322;opcach. Zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e po raz pierwszy rzeczywi&#347;cie ich widzi.

Teraz? Oczywi&#347;cie nie ma tu teraz Indian. Bardzo nierozs&#261;dnie ch&#322;opcy &#322;azi&#263; tak po tej jaskini. Obcy tu, co?  jego g&#322;os by&#322; teraz ni&#380;szy i r&#243;wniejszy. Stary cz&#322;owiek straci&#322; te&#380; sw&#243;j dziki wygl&#261;d.

Tak, prosz&#281; pana, nie jeste&#347;my tutejsi  pierwszy odezwa&#322; si&#281; Bob.  Jeste&#347;my z Rocky Beach.

Sp&#281;dzamy wakacje na Ranczu Krzywe Y, u pa&#324;stwa Dalton  doda&#322; Jupiter  A pan?

Jestem Ben Jackson. Mo&#380;ecie mnie ch&#322;opcy nazywa&#263; Ben. Daltonowie, co? Fajni ludzie, tak, panie. Przechodzi&#322;em obok dolin&#261; i us&#322;ysza&#322;em czyj&#347; krzyk. Pewnie jeden z was krzycza&#322;, co?

Tak, prosz&#281; pana  powiedzia&#322; Jupiter.  Ale my&#347;my si&#281; nie zgubili. Widzi pan, robimy znaki id&#261;c, tak wi&#281;c wiemy, jak wr&#243;ci&#263;.

Oznaczacie szlak, co? No, to wielce rozs&#261;dnie. My&#347;l&#281;, &#380;e daliby&#347;cie sobie rad&#281; w dawnych czasach, w wielkim kraju. Ale co w&#322;a&#347;ciwie tu robicie?

Staramy si&#281; odkry&#263;, co wydaje te j&#281;cz&#261;ce d&#378;wi&#281;ki  wyja&#347;ni&#322; Bob.

Tylko to przesta&#322;o j&#281;cze&#263;, gdy weszli&#347;my do jaskini  doda&#322; Pete. Nagle stary cz&#322;owiek jakby si&#281; skurczy&#322;. Jego oczy zachmurzy&#322;y si&#281; i pojawi&#322;a si&#281; w nich ostro&#380;no&#347;&#263;. Zmiana by&#322;a tak zaskakuj&#261;ca, &#380;e przez moment ch&#322;opcom zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e patrz&#261; na inn&#261; osob&#281;.

J&#281;ki, co?  jego g&#322;os by&#322; znowu skrzekliwy.  Ludzie m&#243;wi&#261;, &#380;e to El Diablo wr&#243;ci&#322;. Nie ja, nie, panie. Ja powiem, to Staruch j&#281;czy, tak powiem. &#379;y&#322; w tej jaskini, jeszcze nim si&#281; tu bia&#322;y cz&#322;owiek pokaza&#322;. Czas nic dla niego nie znaczy. Wy si&#281;, ch&#322;opcy, trzymajcie st&#261;d z daleka, bo Staruch was dopadnie, to pewne. Jess Dalton niech si&#281; te&#380; lepiej trzyma z daleka, i szeryf, i oni wszyscy. Staruch dobierze si&#281; do ka&#380;dego!

G&#322;os starego cz&#322;owieka rozbrzmiewa&#322; przejmuj&#261;cym jazgotem w mrocznej grocie. Bob i Pete rzucali nerwowe spojrzenia na Jupitera, kt&#243;ry przygl&#261;da&#322; si&#281; uwa&#380;nie Benowi.

Czy widzia&#322; go pan kiedy&#347;?  zapyta&#322;.  Czy widzia&#322; pan Starucha tu, w jaskini?

Widzia&#322; go?  zarechota&#322; Ben.  Co&#347; widzia&#322;em, tak, panie. Wi&#281;cej ni&#380; raz widzia&#322;em.

Rozejrza&#322; si&#281; wok&#243;&#322; ostro&#380;nie po czym jego wygl&#261;d znowu si&#281; zmieni&#322;. Wyprostowa&#322; si&#281;, oczy mu si&#281; wypogodzi&#322;y, a g&#322;os sta&#322; si&#281; znowu niski i spokojny.

No dobrze, ch&#322;opcy. Chod&#378;cie teraz lepiej ze mn&#261;. Nie mog&#281; przecie&#380; was zostawi&#263; b&#322;&#261;dz&#261;cych po jaskini.

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

My&#347;l&#281;, &#380;e widzieli&#347;my do&#347;&#263; na dzisiaj. Pan ma racj&#281;, tu mo&#380;na si&#281; &#322;atwo zgubi&#263;.

Ben uni&#243;s&#322; do g&#243;ry sw&#261; latarni&#281;, kt&#243;rej jasne &#347;wiat&#322;o rozproszy&#322;o mroki groty i z&#322;agodzi&#322;o jej pos&#281;pno&#347;&#263;.

Szybko odnale&#378;li drog&#281; powrotn&#261; do doliny. Kiedy szli w towarzystwie starego cz&#322;owieka do swych rower&#243;w, Jupiter nastawia&#322; uszu, ale &#380;aden d&#378;wi&#281;k nie dobiega&#322; z jaskini.

Roztropni z was ch&#322;opcy  powiedzia&#322; Ben na po&#380;egnanie  ale Staruch m&#261;drzejszy od wszystkich. Lepiej mu si&#281; nie nara&#380;a&#263;. Powiedzcie Jessowi Daltonowi, &#380;e Staruch czuwa, tak, panie.

&#346;miech starego rozlega&#322; si&#281; jeszcze, gdy jechali drog&#261; w stron&#281; domu. Bior&#261;c zakr&#281;t Jupiter zatrzyma&#322; si&#281; nagle.

Och!  wyda&#322; okrzyk Pete, kt&#243;ry o ma&#322;o nie wpad&#322; na niego.

Bob zahamowa&#322;.

Co si&#281; sta&#322;o, Jupe?

Porzucenie zadania w po&#322;owie nie przystoi Trzem Detektywom  powiedzia&#322; Jupiter, zawracaj&#261;c ju&#380; rower.

My&#347;l&#281;, &#380;e powinni&#347;my wr&#243;ci&#263; do domu  zaprotestowa&#322; Bob.

Ja te&#380;  popar&#322; go Pete szybko.

Dwa do jednego, Jupe.

Ale Jupiter peda&#322;owa&#322; ju&#380; w przeciwnym kierunku. Bob i Pete patrzyli za nim przez chwil&#281;, wreszcie z rezygnacj&#261; zawr&#243;cili. Obaj wiedzieli, &#380;e nikt i nic nie powstrzyma Jupe'a, je&#347;li raz wbi&#322; sobie co&#347; do g&#322;owy. Kiedy si&#281; z nim zr&#243;wnali, wpatrywa&#322; si&#281; bacznie w mrok przed nimi.

Droga wolna  powiedzia&#322;.  Chod&#378;cie.

Co robimy?  zapyta&#322; Bob, gdy Pierwszy Detektyw zsiada&#322; z roweru.

Zostawimy rowery tutaj i p&#243;jdziemy dalej na piechot&#281;  odpar&#322; Jupiter.  B&#281;dziemy mniej widoczni.

Dok&#261;d idziemy?  zapyta&#322; Pete.

Zauwa&#380;y&#322;em w&#322;a&#347;nie, &#380;e ta droga zatacza &#322;uk wok&#243;&#322; Diabelskiej G&#243;ry i schodzi do morza  powiedzia&#322; Jupiter.  Chc&#281; zobaczy&#263;, czy nie ma drugiego wej&#347;cia do jaskini od strony oceanu.

Poszed&#322; przodem w d&#243;&#322; ciemnej drogi, Bob i Pete za nim. Dolin&#281; zalega&#322;y cienie, drzewa i krzewy przed nimi zdawa&#322;y si&#281; wyp&#322;ywa&#263; z nocy.

Natkn&#281;li&#347;my si&#281; na trzy zagadki dzisiejszego wieczoru  odezwa&#322; si&#281; Jupiter.  Po pierwsze: dlaczego j&#281;ki usta&#322;y, gdy byli&#347;my w jaskini. Wiatr si&#281; nie uciszy&#322;, wia&#322; nadal, gdy wyszli&#347;my z niej.

Uwa&#380;asz, &#380;e co&#347; zatrzyma&#322;o j&#281;ki?  zapyta&#322; Bob.

Jestem tego pewien  odpar&#322; Jupiter z przekonaniem.

Ale co?  pyta&#322; Pete.

Prawdopodobnie nie co&#347;, ale kto&#347;, kto nas widzia&#322; wchodz&#261;cych do jaskini  powiedzia&#322; Jupiter.  Po drugie: Ben Jackson bardzo chcia&#322;, &#380;eby&#347;my wynie&#347;li si&#281; z jaskini. Ciekawe dlaczego?

Przera&#380;aj&#261;ce, jak on si&#281; zmienia&#322;  Bob wzdrygn&#261;&#322; si&#281;.

Tak  powiedzia&#322; Jupiter w zadumie.  Niezwykle osobliwy stary cz&#322;owiek. Zdawa&#322;o si&#281;, &#380;e jest dwiema osobami, &#380;yj&#261;cymi w r&#243;&#380;nych czasach. Szczerze m&#243;wi&#261;c, nie mog&#322;em opanowa&#263; wra&#380;enia, &#380;e odgrywa przed nami rodzaj przedstawienia.

Mo&#380;e rzeczywi&#347;cie niepokoi&#322; si&#281; o nas  zastanawia&#322; si&#281; Pete  je&#347;li naprawd&#281; widzia&#322; Starucha.

By&#263; mo&#380;e  zgodzi&#322; si&#281; Jupiter.  Nast&#281;pna zagadka to ta czarna, l&#347;ni&#261;ca rzecz, kt&#243;r&#261; widzia&#322;e&#347;, i &#347;lady na dnie groty. Jestem pewien, &#380;e to by&#322;a woda. Jest oczywi&#347;cie mo&#380;liwe, &#380;e w jaskini jest jaki&#347; stawek, ale mo&#380;e to r&#243;wnie&#380; oznacza&#263;, &#380;e istnieje drugie do niej wej&#347;cie od strony oceanu. Tego w&#322;a&#347;nie musimy poszuka&#263;.

Przeszli jeszcze kawa&#322;ek i droga urwa&#322;a si&#281; nagle przy ogrodzeniu z &#380;elazn&#261; furtk&#261;. Poza ni&#261; dwie w&#261;skie &#347;cie&#380;ki bieg&#322;y w d&#243;&#322; urwiska, jedna w lewo, druga w prawo. Daleko w dole ja&#347;nia&#322;a w &#347;wietle ksi&#281;&#380;yca bia&#322;a linia przybrze&#380;nych fal. Ch&#322;opcy wspi&#281;li si&#281; na zamkni&#281;t&#261; furtk&#281; i zeskoczyli po drugiej stronie.

P&#243;jdziemy w prawo, w stron&#281; jaskini  powiedzia&#322; Jupiter.  Pete niech lepiej prowadzi, ja p&#243;jd&#281; ostatni. Powi&#261;&#380;emy si&#281; lin&#261;, tak jak to robi&#261; na wspinaczkach g&#243;rskich. Je&#347;li natrafimy na jakie&#347; niebezpieczne przej&#347;cie, b&#281;dziemy przechodzi&#263; pojedynczo.

Ch&#322;opcy obwi&#261;zali si&#281; lin&#261; wok&#243;&#322; pasa, po czym Pete pierwszy ruszy&#322; w d&#243;&#322; w&#261;sk&#261; &#347;cie&#380;k&#261;. Poni&#380;ej fale wznosi&#322;y si&#281; i odp&#322;ywa&#322;y spomi&#281;dzy ogromnych ska&#322;, osrebrzonych &#347;wiat&#322;em ksi&#281;&#380;yca. Schodzili coraz ni&#380;ej. Rozpryskuj&#261;ce si&#281; fale oblewa&#322;y ich jakby deszczem, a &#347;cie&#380;ka zamieni&#322;a si&#281; w p&#243;&#322;k&#281; skaln&#261;, nieraz tak w&#261;sk&#261;, &#380;e przesuwali si&#281; po niej krok za krokiem, wczepieni w skalist&#261; &#347;cian&#281; g&#243;ry. Ostatni odcinek &#347;cie&#380;ki spada&#322; ostro po urwisku. Wreszcie znale&#378;li si&#281; na ma&#322;ej piaszczystej pla&#380;y, opustosza&#322;ej teraz, ale nosz&#261;cej &#347;lady obecno&#347;ci ludzi. Wala&#322;y si&#281; po niej puszki po piwie, butelki po napojach i resztki jedzenia.

P&#243;jdziemy wok&#243;&#322; stoku  zadecydowa&#322; Jupiter.  Rozgl&#261;dajcie si&#281; bacznie za jakim&#347; otworem.

G&#243;r&#281; pokrywa&#322;y kar&#322;owate drzewa i niskie, g&#281;ste krzewy, wyros&#322;e mi&#281;dzy du&#380;ymi, kr&#261;g&#322;ymi g&#322;azami. W &#347;wietle latarek ch&#322;opcy przeszukiwali krzaki, zagl&#261;dali pod g&#322;azy, ale nie znale&#378;li nic, co mog&#322;oby by&#263; wej&#347;ciem do jaskini.

Wydaje mi si&#281;, &#380;e szukamy w z&#322;ym miejscu, Jupe  odezwa&#322; si&#281; Pete.

A gdzie jeszcze mo&#380;na szuka&#263;?  zapyta&#322; Bob.

Nikt nam nie m&#243;wi&#322;, &#380;e istnieje w og&#243;le drugie wej&#347;cie. Je&#347;li wi&#281;c jest jakie&#347;, za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e jest dobrze ukryte  odpar&#322; Pete.

My&#347;lisz, &#380;e nie mo&#380;e by&#263; dost&#281;pne z pla&#380;y?  spyta&#322; Bob.  Ale musi by&#263; gdzie&#347; blisko. Przecie&#380; ta &#347;cie&#380;ka jest jedyn&#261; drog&#261; w d&#243;&#322;.

Chyba masz racj&#281;  powiedzia&#322; Jupiter.  Bob, chod&#378; ze mn&#261;. Przeszukamy praw&#261; stron&#281;. Pete, ty id&#378; w lewo.

Ska&#322;y zamykaj&#261;ce pla&#380;&#281; by&#322;y &#347;liskie, pokryte wodorostami i muszlami. Jupiter i Bob przechodzili przez nie ostro&#380;nie, o&#347;wietlaj&#261;c &#347;cian&#281; urwiska w poszukiwaniu otworu. Dotarli w ko&#324;cu do miejsca, z kt&#243;rego nie mo&#380;na by&#322;o i&#347;&#263; dalej, nie zag&#322;&#281;biwszy si&#281; w wodzie. Zniech&#281;ceni zamierzali w&#322;a&#347;nie zawr&#243;ci&#263;, gdy dobieg&#322;o ich wo&#322;anie Pete'a.

Znalaz&#322;em!

Przegramolili si&#281; przez mokre kamienie i pobiegli na &#322;eb na szyj&#281; przez pla&#380;&#281;. Pete sta&#322; poza jej obr&#281;bem, na du&#380;ym, p&#322;askim g&#322;azie. Mi&#281;dzy dwoma gigantycznymi, okr&#261;g&#322;ymi kamieniami zobaczyli otw&#243;r. By&#322; ma&#322;y i na wysoko&#347;ci zaledwie kilkudziesi&#281;ciu centymetr&#243;w nad lustrem wody.

S&#322;uchajcie.

D&#378;wi&#281;k nie budzi&#322; w&#261;tpliwo&#347;ci

Aaaaaaa-uuuu-uuu-uu!

P&#322;yn&#261;&#322; z otworu, ledwie uchwytny, jakby z przepastnej g&#322;&#281;bi jaskini. Pete skierowa&#322; snop &#347;wiat&#322;a latarki na skalne wej&#347;cie. By&#322;o czarne, mokre i bardzo w&#261;skie. Tunel zdawa&#322; si&#281; biec wprost w g&#322;&#261;b g&#243;ry.



ROZDZIA&#321; 7. Odg&#322;osy nocy

To jest okropnie w&#261;skie i wilgotne, Jupe  powiedzia&#322; niespokojnie Pete.

I mo&#380;e prowadzi&#263; donik&#261;d  doda&#322; Bob.

Nie, to musi by&#263; wej&#347;cie do jaskini  upiera&#322; si&#281; Jupiter.  W przeciwnym razie nie s&#322;yszeliby&#347;my tego j&#281;ku.

Ale ten otw&#243;r jest taki ma&#322;y  g&#322;os Pete'a by&#322; pe&#322;en w&#261;tpliwo&#347;ci.

Jupiter przykucn&#261;&#322; i wpatrzy&#322; si&#281; w tunel.

My&#347;l&#281;, &#380;e je&#347;li b&#281;dziemy si&#281; zachowywa&#263; ostro&#380;nie, mo&#380;emy spokojnie wej&#347;&#263; do &#347;rodka. Bob, ty jeste&#347; najmniejszy. Owi&#261;&#380;emy ci&#281; lin&#261; i wsuniesz si&#281; pierwszy.

Ja? Tam? Zdaje si&#281;, &#380;e mieli&#347;my si&#281; trzyma&#263; razem.

To by by&#322;o nierozs&#261;dne, wchodzi&#263; razem  t&#322;umaczy&#322; Jupiter.  Je&#347;li chce si&#281; sforsowa&#263; nieznane przej&#347;cie, jedynym rozs&#261;dnym sposobem jest pos&#322;anie najpierw jednej osoby zabezpieczonej lin&#261;, podczas gdy pozosta&#322;e zostaj&#261; na zewn&#261;trz, gotowe w ka&#380;dej chwili wyci&#261;gn&#261;&#263; t&#281; pierwsz&#261;, gdyby napotka&#322;a jakie&#347; niebezpiecze&#324;stwo.

Tak, tak  wtr&#261;ci&#322; Pete.  Widzia&#322;em to na filmie o obozie jenieckim. Kiedy &#380;o&#322;nierze kopi&#261; tunel, zawsze jeden jest na przedzie obwi&#261;zany lin&#261;. Jak ni&#261; szarpnie, reszta wyci&#261;ga go na zewn&#261;trz.

W&#322;a&#347;nie  powiedzia&#322; Jupiter z lekk&#261; irytacj&#261; w g&#322;osie. Pierwszy Detektyw nie lubi&#322;, gdy kto&#347; wykazywa&#322;, &#380;e jego pomys&#322; nie jest oryginalny.

Pami&#281;taj, szarpnij mocno lin&#281;, gdyby&#347; mia&#322; jakie&#347; k&#322;opoty  zwr&#243;ci&#322; si&#281; do Boba.  Natychmiast ci&#281; wyci&#261;gniemy.

Nie bardzo przekonany, lecz dzielnie opanowuj&#261;c strach, Bob obwi&#261;za&#322; si&#281; mocno lin&#261; w pasie i wczo&#322;ga&#322; si&#281; do w&#261;skiego tunelu.

W &#347;rodku panowa&#322;y ciemno&#347;ci i ch&#322;&#243;d. Sklepienie by&#322;o o wiele za niskie, by m&#243;g&#322; stan&#261;&#263;, a &#347;ciany mokre i o&#347;lizg&#322;e, pokryte morskim mchem. Posuwa&#322; si&#281; naprz&#243;d wolno, na czworakach. W &#347;wietle latarki kraby pierzcha&#322;y na boki, skrobi&#261;c kleszczami mokr&#261; ska&#322;&#281;.

Po mniej wi&#281;cej dziesi&#281;ciu metrach strop nagle za&#322;ama&#322; si&#281; ostro w g&#243;r&#281;. Bob wsta&#322;. W &#347;wietle latarki widzia&#322;, &#380;e tunel prowadzi wci&#261;&#380; na wprost, ale jest ju&#380; szeroki, suchy i lekko si&#281; wznosi.

Jupe! Pete! Wszystko w porz&#261;dku!  krzykn&#261;&#322; za siebie.

Wkr&#243;tce obaj przyjaciele przy&#322;&#261;czyli si&#281; do niego.

Tutaj jest zupe&#322;nie sucho  zdziwi&#322; si&#281; Pete.

Ta cz&#281;&#347;&#263; tunelu musi by&#263; powy&#380;ej linii przyp&#322;ywu  powiedzia&#322; Jupiter.  Zaczn&#281; znaczy&#263; nasz&#261; drog&#281;. Nas&#322;uchujcie przez ca&#322;y czas, sk&#261;d dochodz&#261; j&#281;ki, &#380;eby&#347;my szli we w&#322;a&#347;ciwym kierunku.

Szli ostro&#380;nie naprz&#243;d, a Jupiter zatrzymywa&#322; si&#281; co par&#281; krok&#243;w, rysuj&#261;c na &#347;cianie bia&#322;&#261; kred&#261; znak zapytania i strza&#322;k&#281;. Po kilkunastu metrach korytarz zawi&#243;d&#322; ich do nowej obszernej groty, jednej z wielu, kt&#243;re zdawa&#322;y si&#281; dziurawi&#263; jak rzeszoto ca&#322;e wn&#281;trze Diabelskiej G&#243;ry. Ponownie znale&#378;li tu liczne otwory wej&#347;ciowe bocznych tuneli.

Stan&#281;li po&#347;rodku zdezorientowani.

Znowu problem  powiedzia&#322; Pete.

Ta g&#243;ra to istny ser szwajcarski  Bob by&#322; ju&#380; zniech&#281;cony.  Jak uda nam si&#281; kiedykolwiek wytropi&#263; &#378;r&#243;d&#322;o tego j&#281;ku?

Jupiter jednak ani nie rozgl&#261;da&#322; si&#281; po nowej grocie, ani nie szuka&#322; otwor&#243;w licznych korytarzy. S&#322;ucha&#322;.

Czy kt&#243;ry&#347; z was s&#322;ysza&#322; j&#281;k, od kiedy weszli&#347;my?  zapyta&#322;.

Bob i Pete zastanawiali si&#281; przez chwil&#281;.

O, do diab&#322;a, nie!  zakl&#261;&#322; Bob.

S&#322;ysza&#322;em tylko, kiedy by&#322;em na zewn&#261;trz  powiedzia&#322; Pete.

Nie s&#322;ysza&#322;em tak&#380;e, kiedy si&#281; czo&#322;ga&#322;em przez pierwszy odcinek tunelu  doda&#322; Bob.

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Jak tylko wchodzimy do &#347;rodka, j&#281;k ustaje. Wielce podejrzana sprawa. Raz m&#243;g&#322; to by&#263; przypadek, po raz drugi wygl&#261;da na jak&#261;&#347; prawid&#322;owo&#347;&#263;.

Pete spojrza&#322; na niego zaintrygowany.

My&#347;lisz, &#380;e wchodz&#261;c, zmieniamy co&#347; w jaskini, nie zdaj&#261;c sobie z tego sprawy?

To jedna z mo&#380;liwo&#347;ci  przytakn&#261;&#322; Jupiter.

Inna, &#380;e kto&#347; nas widzia&#322;  powiedzia&#322; Bob.  Ale jak m&#243;g&#322; nas widzie&#263; na pla&#380;y w ciemno&#347;ciach?

Jupiter pokr&#281;ci&#322; bezradnie g&#322;ow&#261;.

Musz&#281; przyzna&#263;, &#380;e sam jestem zbity z tropu. By&#263; mo&#380;e

Us&#322;yszeli d&#378;wi&#281;k wszyscy r&#243;wnocze&#347;nie. Ledwie uchwytny, daleki odg&#322;os dzwonk&#243;w i klip-klap, klip-klap ko&#324;skich podk&#243;w.

Ko&#324;!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

Jupiter przekrzywi&#322; g&#322;ow&#281; i nas&#322;uchiwa&#322; bacznie. Odg&#322;os zdawa&#322; si&#281; dochodzi&#263; zza &#347;ciany groty.

On on jest wewn&#261;trz g&#243;ry!

Nonsens, Jupe  powiedzia&#322; Bob.  Musi by&#263; gdzie&#347; w dalszej cz&#281;&#347;ci jaskini.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Je&#347;li m&#243;j zmys&#322; orientacyjny mnie nie zawodzi, dalsza cz&#281;&#347;&#263; jaskini znajduje si&#281; po przeciwnej stronie. Ta &#347;ciana jest r&#243;wnoleg&#322;a do zbocza g&#243;ry i &#380;aden tunel nie prowadzi w tym kierunku!

Mo&#380;e lepiej st&#261;d wyjd&#378;my  wymamrota&#322; Pete.

My&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;  przytakn&#261;&#322; pospiesznie Jupiter.

Chod&#378;my!

Ch&#322;opcy przepychali si&#281; jeden przez drugiego, biegn&#261;c w&#261;skim korytarzem. Pete pierwszy dopad&#322; ma&#322;ego tunelu i wczo&#322;ga&#322; si&#281; do niego b&#322;yskawicznie. Bob i Jupiter tu&#380; za nim.

Wypadli na zewn&#261;trz zanurzaj&#261;c si&#281; po kolana w wodzie. Biegli, potykaj&#261;c si&#281; o kamienie i wreszcie zwalili si&#281; na bia&#322;y piasek pla&#380;y. Le&#380;eli, dysz&#261;c ci&#281;&#380;ko.

Sk&#261;d w&#322;a&#347;ciwie dochodzi&#322;y te odg&#322;osy?  odezwa&#322; si&#281; wreszcie Bob.

Nie mam poj&#281;cia  wyzna&#322; niech&#281;tnie Jupiter.  My&#347;l&#281; jednak, &#380;e zbadali&#347;my do&#347;&#263; na jeden wiecz&#243;r. Wracajmy do domu.

Bob i Pete z ulg&#261; wspinali si&#281; w&#261;sk&#261; &#347;cie&#380;k&#261; za Pierwszym Detektywem. Dotarli ju&#380; niemal do &#380;elaznej furtki, gdy Jupiter zatrzyma&#322; si&#281; nagle. Pete nieomal wpad&#322; na niego w ciemno&#347;ciach.

Co ty wyprawiasz, Jupe!

Jupiter nie odpowiedzia&#322;. Wpatrywa&#322; si&#281; w podw&#243;jny szczyt Diabelskiej G&#243;ry.

Co jest?  szepn&#261;&#322; Bob.

Przysz&#322;o mi co&#347; w&#322;a&#347;nie do g&#322;owy  odpar&#322; wolno Jupiter.  Poza tym zdawa&#322;o mi si&#281;, &#380;e co&#347; si&#281; rusza tam, na g&#243;rze

Z ciemno&#347;ci nadbieg&#322; d&#378;wi&#281;k dzwonk&#243;w i znajome klip-klap, klip-klap.

Och, nie  j&#281;kn&#261;&#322; Bob.

Czy to jest to samo, co s&#322;yszeli&#347;my w jaskini?  zapyta&#322; szeptem Pete.

Tak s&#261;dz&#281;  powiedzia&#322; Jupiter.  Odg&#322;osy musia&#322;y si&#281; przes&#261;cza&#263; z zewn&#261;trz przez jak&#261;&#347; szczelin&#281; w skale. Takie p&#281;kni&#281;cia &#347;wietnie przenosz&#261; d&#378;wi&#281;ki. Mo&#380;na odnie&#347;&#263; wra&#380;enie, &#380;e rozbrzmiewaj&#261; wewn&#261;trz g&#243;ry.

Odg&#322;os stukaj&#261;cych podk&#243;w by&#322; coraz bli&#380;szy i ch&#322;opcy przykucn&#281;li w g&#281;stych krzakach w pobli&#380;u furtki. Wielki, czarny ko&#324; ukaza&#322; si&#281; na stromym zboczu Diabelskiej G&#243;ry. Schodzi&#322; truchtem w d&#243;&#322;. O kilka krok&#243;w od ch&#322;opc&#243;w min&#261;&#322; skrywaj&#261;ce ich krzewy.

Bez je&#378;d&#378;ca  szepn&#261;&#322; Bob.

Mo&#380;e powinni&#347;my go schwyta&#263;?  spyta&#322; Pete.

Nie, nie my&#347;l&#281;  odpowiedzia&#322; Jupiter.  Poczekajmy jeszcze.

Siedzieli cicho w swym ukryciu. Nagle zamarli w bezruchu. Jaki&#347; cz&#322;owiek schodzi&#322; z g&#243;ry szybkim krokiem. Przeszed&#322; tak blisko, &#380;e widzieli go dok&#322;adnie w &#347;wietle ksi&#281;&#380;yca. By&#322; wysoki, ciemnow&#322;osy, o d&#322;ugim nosie. Poszarpana blizna przebiega&#322;a przez jego prawy policzek, a na prawym oku nosi&#322; czarn&#261; klapk&#281;.

Widzieli&#347;cie t&#281; przepask&#281; na oku?  sykn&#261;&#322; Pete.

I blizn&#281;  doda&#322; Bob.

Bardziej zainteresowa&#322; mnie jego str&#243;j  szepn&#261;&#322; Jupiter.  To by&#322; zdecydowanie garnitur, jaki nosi si&#281; w mie&#347;cie, i je&#347;li si&#281; nie myl&#281;, facet mia&#322; pistolet pod marynark&#261;.

Czy mo&#380;emy ju&#380; i&#347;&#263;, Jupe?  zapyta&#322; Pete nerwowo.

Tak, chod&#378;my  zgodzi&#322; si&#281; Jupiter.  To by&#322; niezwykle interesuj&#261;cy wiecz&#243;r.

Szli spiesznie drog&#261; do miejsca, gdzie zostawili rowery, ogl&#261;daj&#261;c si&#281; niespokojnie za siebie. Nikt nie szed&#322; za nimi, by&#322;o cicho i spokojnie. Kiedy jednak jechali na rowerach, ju&#380; na obrze&#380;u J&#281;cz&#261;cej Doliny, d&#322;ugie zawodzenie przeci&#281;&#322;o nocn&#261; cisz&#281;.

Aaaaaaaaa-uuuu-uuuuu-uu!

Ch&#322;opcy peda&#322;owali szale&#324;czo w stron&#281; zabudowa&#324; rancza.



ROZDZIA&#321; 8. El Diablo!

S&#322;oneczne &#347;wiat&#322;o dnia obudzi&#322;o Pete'a. Zdezorientowany patrzy&#322; na obce mu &#347;ciany. Gdzie jest w&#322;a&#347;ciwie? Wtem ko&#324; zar&#380;a&#322; za oknem, zamucza&#322;a krowa i Pete przypomnia&#322; sobie, &#380;e jest w sypialni, kt&#243;r&#261; dzieli z Bobem i Jupiterem, na Ranczu Krzywe Y. Przechyli&#322; si&#281; przez kraw&#281;d&#378; pi&#281;trowego &#322;&#243;&#380;ka, by zobaczy&#263;, czy &#347;pi&#261;cy na dole Jupiter ju&#380; si&#281; obudzi&#322;. Jupe'a nie by&#322;o.

Usiad&#322; szybko, wal&#261;c g&#322;ow&#261; w niski sufit.

Auu!  pisn&#261;&#322;.

Cyt!  uciszy&#322; go Bob ze swego legowiska po drugiej stronie pokoju i wskaza&#322; w kierunku okna.

Na pod&#322;odze, przed oknem, Jupiter siedzia&#322; po turecku. Wygl&#261;da&#322; jak ma&#322;y Budda w p&#322;aszczu k&#261;pielowym. Przed nim rozpostarta by&#322;a du&#380;a p&#322;achta papieru, na niej cztery ksi&#261;&#380;ki, le&#380;&#261;ce jedna na drugiej. Na papierze Jupiter wyrysowa&#322; o&#322;&#243;wkiem jakie&#347; linie.

Spogl&#261;daj&#261;c z g&#243;ry na papier, ksi&#261;&#380;ki i linie, Pete u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e Jupiter wykona&#322; z grubsza plan J&#281;cz&#261;cej Doliny. Zaznaczy&#322; na nim wej&#347;cia do jaskini.

Siedzi tak ju&#380; od godziny  szepn&#261;&#322; Bob.

O rany, nie wytrzyma&#322;bym nawet dziesi&#281;ciu minut  powiedzia&#322; Pete.

Umiej&#281;tno&#347;&#263; g&#322;&#281;bokiej koncentracji Jupe'a zadziwia&#322;a zawsze jego przyjaci&#243;&#322;.

Jupiter odezwa&#322; si&#281; wreszcie:

Ustalam topograficzne ukszta&#322;towanie J&#281;cz&#261;cej Doliny, Pete. Mapa fizyczna terenu stanowi klucz do naszej zagadki.

H&#281;?

Jupe my&#347;li, &#380;e mo&#380;emy rozwi&#261;za&#263; tajemnic&#281;, studiuj&#261;c plan terenu  powiedzia&#322; Bob.

Aha, dlaczego nie powiedzia&#322; tego od razu?

Ignoruj&#261;c t&#281; wymian&#281; zda&#324;, Jupiter kontynuowa&#322; swoje rozwa&#380;ania:

Prawdziw&#261; zagadk&#261; J&#281;cz&#261;cej Doliny jest, dlaczego j&#281;ki ustaj&#261;, gdy wchodzimy do &#347;rodka. Zdarzy&#322;o si&#281; to dwukrotnie ubieg&#322;ego wieczoru, co wi&#281;cej, rozleg&#322;y si&#281; ponownie, gdy opuszczali&#347;my t&#281; stref&#281;.

Wzi&#261;&#322; do r&#281;ki le&#380;&#261;c&#261; obok gazet&#281;.

Znalaz&#322;em tu wiadomo&#347;&#263; o ponownych j&#281;kach w dolinie. I wypowied&#378; szeryfa, &#380;e g&#322;&#243;wnym powodem niemo&#380;no&#347;ci odnalezienia &#378;r&#243;d&#322;a i przyczyny j&#281;k&#243;w jest to, &#380;e ustaj&#261; one z chwil&#261; wej&#347;cia ludzi do jaskini  Jupiter od&#322;o&#380;y&#322; gazet&#281;.  Wzi&#261;wszy wszystko razem pod uwag&#281;, jestem przekonany, &#380;e j&#281;k nie ustaje przypadkowo.

My&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;  powiedzia&#322; Bob.  S&#322;yszeli&#347;my j&#281;ki nim weszli&#347;my do jaskini i po wyj&#347;ciu z niej. Kto&#347; nas musia&#322; obserwowa&#263;.

Ale jak ta hm mapa fizyczna pomo&#380;e nam, Jupe?  zapyta&#322; Pete.

Jupiter patrzy&#322; na sw&#243;j niezbyt precyzyjny model.

Zaznaczy&#322;em wszystkie miejsca, w kt&#243;rych byli&#347;my wczoraj. Wiemy teraz, &#380;e zawodzenie ustawa&#322;o za ka&#380;dym razem, kiedy wchodzili&#347;my do jaskini. Natychmiast po naszym wej&#347;ciu, a wi&#281;c zbyt szybko, by ten kto nas zobaczy&#322;, by&#322; wewn&#261;trz jaskini.

Bob skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; z o&#380;ywieniem.

Rozumiem! Zauwa&#380;ono nas, nim weszli&#347;my do &#347;rodka.

W&#322;a&#347;nie!  potwierdzi&#322; Jupiter.  Na podstawie mojego modelu wydedukowa&#322;em, &#380;e tylko z jednego miejsca mogli&#347;my by&#263; widziani, gdziekolwiek nie poszliby&#347;my, i jest to szczyt Diabelskiej G&#243;ry.

Zosta&#322;o nam tylko jedno do zrobienia: powiedzie&#263; panu Daltonowi, &#380;e kto&#347; jest na tej g&#243;rze i niech go &#322;apie!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

To nie takie proste, Pete. Nikt nam nie uwierzy, dop&#243;ki nie schwytaj&#261; tego cz&#322;owieka, a jest niemal niemo&#380;liwe dotrze&#263; na szczyt, nie b&#281;d&#261;c zauwa&#380;onym. Zawsze zd&#261;&#380;y uciec i ukry&#263; si&#281;.

Co  zacz&#261;&#322; Bob.

Jak  zawt&#243;rowa&#322; mu Pete.

B&#281;dziemy obserwowali, co si&#281; rzeczywi&#347;cie dzieje w jaskini, tak d&#322;ugo, a&#380; b&#281;dziemy mogli wszystko wyja&#347;ni&#263;  przerwa&#322; im Jupiter.

Byli&#347;my tam ju&#380; i nie mamy poj&#281;cia, czy co&#347; si&#281; tam w og&#243;le dzieje  powiedzia&#322; Pete.

Nie, ale przemy&#347;la&#322;em pewien plan  odpar&#322; Jupiter.  Mam tak&#380;e pewn&#261; poszlak&#281;, kt&#243;ra pomo&#380;e nam wyja&#347;ni&#263;, o co tu w&#322;a&#347;ciwie chodzi.

Naprawd&#281;? Co to jest?

Znalaz&#322;em to wczoraj w jednym z korytarzy  Jupiter pokaza&#322; im szorstki, czarniawy kamyk.  Ten korytarz by&#322; kiedy&#347; szybem kopalni, a ten kamie&#324; znalaz&#322;em na jego ko&#324;cu, to znaczy tam, gdzie szyb zosta&#322; zablokowany.

Bob wzi&#261;&#322; do r&#281;ki ma&#322;y kamie&#324;, obejrza&#322; z zaciekawieniem i poda&#322; Pete'owi.

Ale co to jest, Jupe?  pyta&#322; Pete.  To znaczy poza tym, &#380;e jest to twardy, &#347;liski kamie&#324;.

Przejed&#378; tym po szkle  powiedzia&#322; Jupiter.

Co? Nie mo&#380;na tym

Spr&#243;buj!  Na okr&#261;g&#322;ej twarzy Jupitera malowa&#322;o si&#281; zadowolenie. Pete podszed&#322; do okna i przeci&#261;gn&#261;&#322; kamykiem po szkle. Wszed&#322; w nie jak w mas&#322;o. Pete zagwizda&#322; przeci&#261;gle.

Jupe!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.  Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e to jest

Diament  doko&#324;czy&#322; Jupiter.  Tak jest, nie obrobiony diament. I to ca&#322;kiem spory. My&#347;l&#281;, &#380;e nie jest dobrej jako&#347;ci, prawdopodobnie nadaje si&#281; tylko do u&#380;ytku przemys&#322;owego, ale to diament.

My&#347;lisz, &#380;e jaskinia El Diablo jest kopalni&#261; diament&#243;w? Tu, w Kalifornii?  pyta&#322; sceptycznie Bob.

No, by&#322;y pewne pog&#322;oski i my&#347;l&#281;

Przerwa&#322;o mu dono&#347;ne pukanie do drzwi, zza kt&#243;rych dobieg&#322; g&#322;os pani Dalton:

Wstawa&#263;, ch&#322;opcy! &#346;niadanie na stole. Nie wylegujemy si&#281; tu do p&#243;&#378;na!

Ch&#322;opcy u&#347;wiadomili sobie nagle, jak bardzo s&#261; g&#322;odni, i my&#347;l o &#347;niadaniu odsun&#281;&#322;a wszystkie inne na dalszy plan. Umyli si&#281; i ubrali b&#322;yskawicznie i w par&#281; minut zjawili si&#281; w obszernej kuchni. Pan Dalton i profesor Walsh roze&#347;miali si&#281; na ich widok.

Widz&#281;, &#380;e J&#281;cz&#261;ca Dolina i jej tajemnica nie odebra&#322;y wam apetytu  powiedzia&#322; profesor.

Pani Dalton zakrz&#261;tn&#281;&#322;a si&#281; po kuchni i wkr&#243;tce ch&#322;opcy wcinali bia&#322;y chleb z szynk&#261; i popijali zimne, &#347;wie&#380;e mleko z du&#380;ych kubk&#243;w.

Jeste&#347;cie ch&#322;opcy gotowi popracowa&#263; dzi&#347; troch&#281;?  zapyta&#322; pan Dalton.

Pewnie, &#380;e s&#261;  odpowiedzia&#322;a za nich pani Dalton.  Mo&#380;e we&#378;miesz ich na sianokosy na p&#243;&#322;nocn&#261; &#322;&#261;k&#281;?

Dobry pomys&#322;. Potem mog&#261; pom&#243;c przy zb&#322;&#261;ka&#324;cach.

Ch&#322;opcy czytali troch&#281; o &#380;yciu na farmie i wiedzieli, &#380;e zb&#322;&#261;ka&#324;cy to byd&#322;o, kt&#243;re od&#322;&#261;czy&#322;o si&#281; od g&#322;&#243;wnego stada i nie mo&#380;e znale&#378;&#263; drogi powrotnej.

Mieli&#347;cie wczoraj mi&#322;y spacer po pla&#380;y?  zapyta&#322; profesor Walsh.  Znale&#378;li&#347;cie co&#347; ciekawego?

Zrobili&#347;my bardzo interesuj&#261;c&#261; wypraw&#281;  odpar&#322; Jupiter.  Spotkali&#347;my do&#347;&#263; dziwnego starego cz&#322;owieka. Powiedzia&#322;, &#380;e nazywa si&#281; Ben Jackson. Kto to jest, prosz&#281; pana?

Stary Ben i Waldo Turner s&#261; poszukiwaczami  wyja&#347;ni&#322; pan Dalton.  Swego czasu poszukiwali z&#322;ota, srebra i cennych kamieni po ca&#322;ym Zachodzie.

Przybyli tu wiele lat temu, kiedy rozesz&#322;y si&#281; pog&#322;oski, &#380;e znaleziono z&#322;oto w tej okolicy  doda&#322;a pani Dalton.  Oczywi&#347;cie nie ma tu &#380;adnego z&#322;ota, ale stary Ben i Waldo nie daj&#261; za wygran&#261; i wci&#261;&#380; uwa&#380;aj&#261; si&#281; za poszukiwaczy. Maj&#261; chat&#281; na naszej ziemi. Nie lubi&#261;, by ich odwiedza&#263;, ale nie odmawiaj&#261; brania datk&#243;w od okolicznych farmer&#243;w. Oczywi&#347;cie nazywamy to po&#380;yczk&#261;, nigdy nie przyj&#281;liby ja&#322;mu&#380;ny. Twierdz&#261;, &#380;e zwr&#243;c&#261; wszystko, jak tylko znajd&#261; z&#322;oto.

To do&#347;&#263; s&#322;awne lokalne postacie  wtr&#261;ci&#322; profesor.

Mog&#261; opowiada&#263; nie lada historie  pan Dalton u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.  Prawd&#281; m&#243;wi&#261;c, s&#261; do&#347;&#263; ekscentryczni i wi&#281;kszo&#347;&#263; ich opowie&#347;ci to zwyk&#322;e bajki. Opowiadaj&#261; na przyk&#322;ad o walkach z Indianami, ale w&#261;tpi&#281;, czy kiedykolwiek mia&#322;y one miejsce.

To ci heca!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.  Pewnie wszystko, co nam wczoraj nagada&#322;, to k&#322;amstwo!

Nim pan Dalton zd&#261;&#380;y&#322; odpowiedzie&#263;, tylne drzwi wej&#347;ciowe rozwar&#322;y si&#281; na o&#347;cie&#380; i do kuchni wszed&#322; spiesznie rz&#261;dca, Luke Hardin.

W&#322;a&#347;nie znale&#378;li m&#322;odego Castro w dolinie  powiedzia&#322; ponuro.

Co mu si&#281; sta&#322;o?  pan Dalton zerwa&#322; si&#281; z krzes&#322;a.

Ko&#324; go zrzuci&#322; zesz&#322;ego wieczoru, jak przep&#281;dza&#322; jakie&#347; zb&#322;&#261;kane stado. Le&#380;a&#322; bez pomocy ca&#322;&#261; noc.

W jakim jest stanie?

Doktor m&#243;wi, &#380;e wszystko w porz&#261;dku, tylko pot&#322;uczenia i skr&#281;ci&#322; nog&#281; w kostce. Ale wzi&#281;li go do szpitala w Santa Carla, bo podobno jest w szoku.

Id&#281; go natychmiast zobaczy&#263;  pan Dalton zbiera&#322; si&#281; do wyj&#347;cia.

Znowu dwaj pracownicy powiedzieli mi, &#380;e odchodz&#261;  doda&#322; Hardin ze smutkiem.  Pono&#263; Castro m&#243;wi&#322; im, &#380;e co&#347; si&#281; przemyka&#322;o w J&#281;cz&#261;cej Dolinie. Jak si&#281; zbli&#380;y&#322;, to co&#347; sp&#322;oszy&#322;o mu konia. Stan&#261;&#322; d&#281;ba, zrzuci&#322; go i uciek&#322;.

Daltonowie popatrzyli na siebie zatroskani.

Czy to by&#322; du&#380;y, czarny ko&#324;?  zwr&#243;ci&#322; si&#281; Jupiter do rz&#261;dcy.

Tak, Du&#380;y Heban. Dobry ko&#324;. Sam wr&#243;ci&#322; dzi&#347; rano. St&#261;d wiedzieli&#347;my, &#380;e trzeba szuka&#263; m&#322;odego Castro.

Czy widzieli&#347;cie, ch&#322;opcy, Du&#380;ego Hebana zesz&#322;ego wieczoru?  zapyta&#322; pan Dalton.

Tak, prosz&#281; pana  odpowiedzia&#322; Jupiter.  Widzieli&#347;my du&#380;ego, czarnego konia bez je&#378;d&#378;ca.

Powinni&#347;cie zawsze zg&#322;asza&#263; tak&#261; spraw&#281;, ch&#322;opcy  powiedzia&#322; pan Dalton surowo.  Znale&#378;liby&#347;my Castro du&#380;o wcze&#347;niej.

Powiedzieliby&#347;my, prosz&#281; pana, ale widzieli&#347;my, &#380;e za koniem szed&#322; jaki&#347; cz&#322;owiek i s&#261;dzili&#347;my, &#380;e to je&#378;dziec. To by&#322; wysoki m&#281;&#380;czyzna, mia&#322; blizn&#281; na prawym policzku i przepask&#281; na oku.

Nigdy nie s&#322;ysza&#322;em o kim&#347; takim.

Wysoki z przepask&#261; na oku?  podchwyci&#322; profesor Walsh.  Brzmi gro&#378;nie, ale zdecydowanie to nie by&#322; El Diablo, co? On nie by&#322; wysoki i nie mia&#322; przepaski.

Pan Dalton skierowa&#322; si&#281; do drzwi.

Luke, uspok&#243;j ludzi, je&#347;li zdo&#322;asz. Odwiedz&#281; Castra w szpitalu, a potem przyjd&#281; do was na p&#243;&#322;nocn&#261; &#322;&#261;k&#281;. Po drodze wst&#261;pi&#281; jeszcze do szeryfa i zapytam go o cz&#322;owieka, kt&#243;rego ch&#322;opcy widzieli wczoraj.

Je&#347;li jedzie pan do miasta, czy zechcia&#322;by pan zabra&#263; mnie ze sob&#261;?  zapyta&#322; Jupiter.  Musz&#281; pojecha&#263; dzi&#347; do Rocky Beach.

Dlaczego, Jupiter? Czy nie chcesz zosta&#263; tu d&#322;u&#380;ej?  zapyta&#322;a pani Dalton.

Ale&#380; tak, ch&#281;tnie  zapewni&#322; j&#261; Jupiter.  Potrzebujemy tylko ekwipunku do nurkowania. Wczoraj widzieli&#347;my rafy przybrze&#380;ne, kt&#243;re zdaj&#261; si&#281; by&#263; pe&#322;ne interesuj&#261;cych okaz&#243;w dla naszych morskich studi&#243;w biologicznych.

Bob i Pete patrzyli na Jupe'a szeroko otwartymi oczami. Nie przypominali sobie ani &#380;adnych raf, ani prowadzenia studi&#243;w biologicznych. Ale nie odezwali si&#281;. Wiedzieli, &#380;e ma to zwi&#261;zek z planem dzia&#322;ania, kt&#243;ry Jupiter opracowa&#322;, i nauczyli si&#281; nie zadawa&#263; mu wtedy pyta&#324;.

Obawiam si&#281;, &#380;e nie b&#281;d&#281; mia&#322; czasu dzi&#347; odwie&#378;&#263; ci&#281; do Rocky Beach  powiedzia&#322; pan Dalton.  Nie mam te&#380; nikogo wolnego z ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261;. Poczekaj lepiej par&#281; dni.

Ale&#380; to zupe&#322;nie niepotrzebne, prosz&#281; pana. Prosz&#281; mnie tylko podrzuci&#263; do miasta. Pojad&#281; stamt&#261;d autobusem i kto&#347; przywiezie mnie z powrotem.

Przygotuj si&#281; wi&#281;c szybko  powiedzia&#322; pan Dalton i wyszed&#322;.

Pani Dalton spojrza&#322;a na Boba i Pete'a.

Wy, ch&#322;opcy, te&#380; znajd&#378;cie sobie jakie&#347; zaj&#281;cie. Obawiam si&#281;, &#380;e m&#261;&#380; nie b&#281;dzie mia&#322; dzisiaj czasu zaj&#261;&#263; si&#281; wami.

Och, prosz&#281; si&#281; nie k&#322;opota&#263;, damy sobie rad&#281;  odpar&#322; Bob.

Ch&#322;opcy wr&#243;cili do swego pokoju. Jupiter pozbiera&#322; rzeczy potrzebne mu na drog&#281;. Pakuj&#261;c je, wydawa&#322; pospieszne polecenia Bobowi i Pete'owi.

Pojed&#378;cie na rowerach do Santa Carla i kupcie tuzin zwyk&#322;ych, du&#380;ych &#347;wiec, a tak&#380;e trzy meksyka&#324;skie sombrera. Jest dzisiaj Fiesta w Santa Carla, wi&#281;c na pewno sprzedaj&#261; mn&#243;stwo takich kapeluszy. Pani Dalton powiedzcie, &#380;e chcecie zobaczy&#263; parad&#281;.

Trzy sombrera?  powt&#243;rzy&#322; Pete.

Tak jest  odpar&#322; Jupiter bez dalszych wyja&#347;nie&#324;.  Bob, p&#243;jd&#378; te&#380; w Santa Carla do biblioteki i postaraj si&#281; dowiedzie&#263; jak najwi&#281;cej o historii J&#281;cz&#261;cej Doliny i Diabelskiej G&#243;ry. Chodzi mi o &#347;cis&#322;e fakty, a nie legendy.

Rozumiem. Po co w&#322;a&#347;ciwie jedziesz do Rocky Beach?

Po ekwipunek do nurkowania, tak jak powiedzia&#322;em. Chc&#281; tak&#380;e da&#263; diament do zbadania u eksperta w Los Angeles. Z do&#322;u rozleg&#322;o si&#281; wo&#322;anie pana Daltona:

Jupiter! Gotowy?

Zbiegli pospiesznie na d&#243;&#322;. Jupiter wsiad&#322; do kabiny pikapa i odjecha&#322;, nie wyja&#347;niwszy, co w&#322;a&#347;ciwie ma zamiar zrobi&#263; ze sprz&#281;tem do nurkowania.

Bob i Pete pomogli troch&#281; pani Dalton w kuchni, po czym Bob po&#380;yczy&#322; od niej kart&#281; biblioteczn&#261; i ruszyli w drog&#281;.

Bawcie si&#281; dobrze, ch&#322;opcy!  wo&#322;a&#322;a za nimi pani Dalton.

Droga do Santa Carla wiod&#322;a przez g&#243;ry Po&#322;udniowej Kalifornii. Pocz&#261;tkowo bieg&#322;a przez rozleg&#322;&#261; dolin&#281;, by nast&#281;pnie zacz&#261;&#263; si&#281; wznosi&#263; ku g&#243;rskiej prze&#322;&#281;czy. Bob i Pete czuli mi&#322;e podekscytowanie wypraw&#261;. Cieszy&#322;a ich perspektywa zobaczenia s&#322;ynnej Fiesty. Jad&#261;c, oddalali si&#281; od morza i s&#322;o&#324;ce pra&#380;y&#322;o niemi&#322;osiernie. Zauwa&#380;yli, &#380;e wszystkie ma&#322;e dop&#322;ywy rzeki Santa Carla s&#261; wyschni&#281;te. W pewnym punkcie droga przecina&#322;a szerokie koryto samej rzeki Santa Carla. Poni&#380;ej mostu rzeka wysch&#322;a zupe&#322;nie, niewielkie ro&#347;liny porasta&#322;y jej spieczone s&#322;o&#324;cem dno.

Wkr&#243;tce szosa zacz&#281;&#322;a si&#281; wznosi&#263; ku prze&#322;&#281;czy San Mateo. Musieli zsi&#261;&#347;&#263; z rower&#243;w i prowadzi&#263; je strom&#261; serpentyn&#261;. Po prawej stronie otwiera&#322;y si&#281; g&#243;rskie kotliny, po lewej  wznosi&#322;a si&#281; stroma, skalista &#347;ciana g&#243;r. Ch&#322;opcy szli wolno w jaskrawym s&#322;o&#324;cu. Po d&#322;ugiej, &#380;mudnej w&#281;dr&#243;wce osi&#261;gn&#281;li wreszcie szczyt prze&#322;&#281;czy. Przystan&#281;li zm&#281;czeni.

Och! Popatrz!  wykrzykn&#261;&#322; Pete, a Bob zawt&#243;rowa&#322; mu pe&#322;nym zachwytu Ach!

Przed nimi rozci&#261;ga&#322;a si&#281; zapieraj&#261;ca dech panorama. Br&#261;zowe g&#243;ry opada&#322;y g&#322;&#281;boko w d&#243;&#322;. U ich podn&#243;&#380;a zielona r&#243;wnina bieg&#322;a ku b&#322;&#281;kitnym wodom oceanu. Miasto Santa Carla skry&#322;o si&#281; w s&#322;o&#324;cu, jego domy wygl&#261;da&#322;y jak bia&#322;e pude&#322;ka w&#347;r&#243;d bezmiaru zieleni. Po tafli morza przesuwa&#322;y si&#281; statki. W oddali zielone punkty wysp zdawa&#322;y si&#281; p&#322;yn&#261;&#263;.

Ch&#322;opcy podziwiali wci&#261;&#380; wspania&#322;y widok, gdy rozleg&#322; si&#281; za nimi g&#322;uchy t&#281;tent kopyt ko&#324;skich. Obr&#243;cili si&#281; gwa&#322;townie. Zobaczyli p&#281;dz&#261;cego drog&#261;, prosto na nich, je&#378;d&#378;ca na du&#380;ym, czarnym koniu, w obrze&#380;onej srebrem u&#378;dzie. Srebro zdobi&#322;o te&#380; hiszpa&#324;skie siod&#322;o, o olbrzymim, b&#322;yszcz&#261;cym w s&#322;o&#324;cu &#322;&#281;ku.

Stali jak sparali&#380;owani, wpatruj&#261;c si&#281; w szar&#380;uj&#261;cego na nich konia. Je&#378;dziec by&#322; ma&#322;ym, szczup&#322;ym m&#281;&#380;czyzn&#261;, o ciemnych oczach. Nosi&#322; czarne sombrero, kr&#243;tki czarny &#380;akiet, rozkloszowane do&#322;em spodnie i czarn&#261; chustk&#281;, skrywaj&#261;c&#261; doln&#261; cz&#281;&#347;&#263; twarzy. Trzyma&#322; w r&#281;ce staro&#347;wiecki, wycelowany wprost w ch&#322;opc&#243;w pistolet.

El Diablo!



ROZDZIA&#321; 9. Nieoczekiwany atak

Czarny ko&#324; stan&#261;&#322; d&#281;ba, wierzgaj&#261;c dziko kopytami wysoko ponad g&#322;owami os&#322;upia&#322;ych ch&#322;opc&#243;w.

Je&#378;dziec zamacha&#322; pistoletem i krzykn&#261;&#322; Viva Fiesta!, po czym &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; chustk&#281;, ukazuj&#261;c ch&#322;opi&#281;c&#261;, figlarn&#261; twarz.

Chod&#378;cie na Fiest&#281;!  zawo&#322;a&#322;, zawr&#243;ci&#322; konia w powietrzu i pogalopowa&#322; w d&#243;&#322;, w stron&#281; Santa Carla. Ch&#322;opcy patrzyli za nim jak urzeczeni.

Kostium na parad&#281;  j&#281;kn&#261;&#322; Pete.

Spojrzeli na siebie i wybuchn&#281;li &#347;miechem. Przestraszy&#263; si&#281; ch&#322;opca w przebraniu!

Za&#322;o&#380;&#281; si&#281;, &#380;e b&#281;dzie z dziesi&#281;ciu El Diablo na Fie&#347;cie  powiedzia&#322; Pete.

Mam nadziej&#281;, &#380;e nie wpadniemy na &#380;adnego z nich w ciemnej uliczce  odpowiedzia&#322; Pete.

Wsiedli na rowery i pojechali w d&#243;&#322; d&#322;ug&#261;, kr&#281;t&#261; drog&#261;. Wkr&#243;tce g&#243;ry zosta&#322;y za nimi, wjechali w przedmie&#347;cia Santa Carla. Min&#281;li pole golfowe, kilka centr&#243;w handlowych i pierwsze domy, po&#322;o&#380;one na skraju kipi&#261;cego &#380;yciem o&#347;rodka wypoczynkowego.

W &#347;r&#243;dmie&#347;ciu zostawili rowery w stojaku za bibliotek&#261; i poszli ulic&#261; Unii, g&#322;&#243;wn&#261; arteri&#261; Santa Carla. Wzd&#322;u&#380; jezdni sta&#322;y policyjne kordony dla ochrony parady, kt&#243;ra mia&#322;a si&#281; niebawem rozpocz&#261;&#263;. Gromadzili si&#281; widzowie, wi&#281;kszo&#347;&#263; w barwnych strojach z dawnych hiszpa&#324;skich czas&#243;w. Panowa&#322;o o&#380;ywienie, czu&#322;o si&#281; od&#347;wi&#281;tny nastr&#243;j.

Bob i Pete szybko za&#322;atwili wszystko w ma&#322;ym sklepiku z pami&#261;tkami. Kupili tuzin grubych, bia&#322;ych &#347;wiec i trzy s&#322;omkowe sombrera. Nast&#281;pnie znale&#378;li sobie miejsce przy kraw&#281;&#380;niku, w&#322;a&#347;nie w chwili, gdy przemaszerowa&#322;a otwieraj&#261;ca poch&#243;d orkiestra, dm&#261;c w tr&#261;bki i wal&#261;c siarczy&#347;cie w b&#281;bny.

Za orkiestr&#261; jecha&#322;y przybrane kwiatami platformy, na kt&#243;rych dziewcz&#281;ta i ch&#322;opcy w kostiumach odtwarzali w &#380;ywych obrazach najwa&#380;niejsze zdarzenia z historii Kalifornii. Jeden przedstawia&#322; ojca Junipero Serra, franciszkanina i misjonarza, za&#322;o&#380;yciela wi&#281;kszo&#347;ci pi&#281;knych, starych misji wzd&#322;u&#380; wybrze&#380;a Kalifornii. Inny prezentowa&#322; scen&#281;, w kt&#243;rej John C. Fremont wznosi&#322; ameryka&#324;sk&#261; flag&#281; nad Santa Carla po zwyci&#281;stwie nad Meksykiem. Pokazano te&#380; s&#322;ynn&#261; ucieczk&#281; El Diablo. Pi&#281;ciu El Diablo jecha&#322;o wok&#243;&#322; tej platformy, mi&#281;dzy nimi u&#347;miechni&#281;ty m&#322;ody cz&#322;owiek na czarnym koniu, kt&#243;ry tak wystraszy&#322; Boba i Pete'a na szczycie prze&#322;&#281;czy.

Popatrz na te konie!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

Chcia&#322;bym umie&#263; tak je&#378;dzi&#263;  Pete patrzy&#322; z zachwytem na wyczyny m&#322;odych ludzi na koniach.

Obaj ch&#322;opcy byli dobrymi je&#378;d&#378;cami, ale nie tak doskona&#322;ymi, jak uczestnicy parady. Niekt&#243;re konie wykonywa&#322;y zawi&#322;e, taneczne kroki. Nadjechali ranczerzy w hiszpa&#324;skich strojach oraz oddzia&#322;y policji konnej z dolnej i g&#243;rnej cz&#281;&#347;ci stanu. Za nimi ukaza&#322;y si&#281; powozy, kryte wozy pierwszych osadnik&#243;w i dyli&#380;anse. Wreszcie wtoczy&#322;a si&#281; platforma, na kt&#243;rej upozowany by&#322; &#380;ywy obraz przedstawiaj&#261;cy czasy gor&#261;czki z&#322;ota. Bob chwyci&#322; Pete'a za rami&#281;.

Patrz!  zawo&#322;a&#322;, wskazuj&#261;c dwu m&#281;&#380;czyzn id&#261;cych obok platformy. Prowadzili os&#322;a ob&#322;adowanego prowiantem, &#322;opatami, szpadlami i kilofami. W jednym z nich rozpoznali brodatego, starego cz&#322;owieka z jaskini  Bena Jacksona.

Ten drugi to pewnie jego partner, Waldo Turner  powiedzia&#322; Bob.

Obaj starzy panowie zdawali si&#281; budzi&#263; zachwyt w&#347;r&#243;d obserwuj&#261;cego t&#322;umu. Wygl&#261;dali jak prawdziwi poszukiwacze, a&#380; po kurz i b&#322;oto pokrywaj&#261;ce ich g&#243;rnicze ubrania. Stary Ben by&#322; wyra&#378;nie uszcz&#281;&#347;liwiony. Jego bia&#322;a broda powiewa&#322;a na wietrze, gdy ku&#347;tyka&#322; dumnie, prowadz&#261;c os&#322;a. Za nim szed&#322; Waldo Turner, wy&#380;szy i szczuplejszy, bez brody, lecz z bia&#322;ym w&#261;sem.

Wci&#261;&#380; nadje&#380;d&#380;a&#322;y nowe platformy, maszerowa&#322;y orkiestry i ch&#322;opcy omal nie zapomnieli o swej misji w bibliotece. Wtem Pete dostrzeg&#322; kogo&#347; w t&#322;umie widz&#243;w.

Bob  szepn&#261;&#322; nagl&#261;co.

Bob spojrza&#322; we wskazanym kierunku. Zobaczy&#322; wysokiego m&#281;&#380;czyzn&#281; ze szram&#261; na twarzy i przepask&#261; na oku. Nie interesowa&#322; si&#281; zupe&#322;nie parad&#261;. Przeszed&#322; ulic&#261; i znikn&#261;&#322; w t&#322;umie.

Chod&#378;my  powiedzia&#322; Bob i ruszyli w t&#281; sam&#261; stron&#281;.

Zobaczyli go znowu na rogu ulicy. Szed&#322; szybko, par&#281; metr&#243;w przed nimi. Od czasu do czasu zwalnia&#322; i jakby wypatrywa&#322; czego&#347; przed sob&#261;.

My&#347;l&#281;, &#380;e on kogo&#347; &#347;ledzi  powiedzia&#322; Bob.

Kto to mo&#380;e by&#263;? Widzisz kogo&#347; przed nim?  spyta&#322; Pete.

Nie, ty jeste&#347; wy&#380;szy.

Pete wyci&#261;gn&#261;&#322; si&#281;, jak m&#243;g&#322; najwy&#380;ej, ale nie by&#322; w stanie zobaczy&#263; nikogo ani niczego, co stanowi&#322;oby obiekt zainteresowania m&#281;&#380;czyzny z blizn&#261;. Spostrzeg&#322; natomiast co&#347; innego.

Wchodzi do budynku!  zawo&#322;a&#322;.

To biblioteka!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

Pobiegli ku podw&#243;jnym, wysokim drzwiom biblioteki, za kt&#243;rymi w&#322;a&#347;nie znik&#322; m&#281;&#380;czyzna. Stan&#281;li w holu, rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; uwa&#380;nie. Przy odbywaj&#261;cej si&#281; Fie&#347;cie, biblioteka by&#322;a niemal opustosza&#322;a, ale wysokiego cz&#322;owieka nie mogli nigdzie dostrzec.

G&#322;&#243;wna sala by&#322;a du&#380;a, mie&#347;ci&#322;a liczne p&#243;&#322;ki wype&#322;nione ksi&#261;&#380;kami. Wiod&#322;y z niej przej&#347;cia do innych pomieszcze&#324;. Ch&#322;opcy szybko przesun&#281;li si&#281; mi&#281;dzy rega&#322;ami, zajrzeli do s&#261;siednich sal, nadal bez rezultatu. Stwierdzili w ko&#324;cu, &#380;e biblioteka ma drugie wyj&#347;cie, prowadz&#261;ce na boczn&#261; ulic&#281;.

Zgubili&#347;my go  powiedzia&#322; Pete z zawodem w g&#322;osie.

Powinni&#347;my si&#281; byli rozdzieli&#263;. Gdyby jeden z nas poszed&#322; do drugiego wej&#347;cia, facet nie znikn&#261;&#322;by nam. Jupiter wiedzia&#322;by, &#380;e biblioteki maj&#261; zawsze wi&#281;cej ni&#380; jedno wej&#347;cie  Bob by&#322; w&#347;ciek&#322;y na siebie, &#380;e nie pomy&#347;la&#322; o tak oczywistym fakcie.

Trudno, sta&#322;o si&#281;  Pete wzruszy&#322; ramionami.  Jak ju&#380; tu jeste&#347;my, we&#378;my si&#281; do zebrania tych wiadomo&#347;ci, kt&#243;re chcia&#322; mie&#263; Jupe.

Zaczerpn&#281;li informacji u mi&#322;ego bibliotekarza, kt&#243;ry skierowa&#322; ich do niewielkiej salki zawieraj&#261;cej ksi&#261;&#380;ki historyczne. W&#322;a&#347;nie podchodzili do kontuaru, gdy ci&#281;&#380;ka d&#322;o&#324; spocz&#281;&#322;a na ramieniu Pete'a.

Prosz&#281;, prosz&#281;, nasi m&#322;odzi detektywi!

Za nimi sta&#322; profesor Walsh, patrz&#261;c na nich przenikliwie zza grubych szkie&#322; okular&#243;w.

Szukacie, ch&#322;opcy, czego&#347;?  zapyta&#322;.

Tak, prosz&#281; pana  odpar&#322; Bob.  Chcemy dowiedzie&#263; si&#281; jak najwi&#281;cej o J&#281;cz&#261;cej Dolinie.

Dobrze, bardzo dobrze  profesor pokiwa&#322; g&#322;ow&#261;.  Sam jestem tym zainteresowany. Nie mia&#322;em jednak wiele szcz&#281;&#347;cia. Zdaje si&#281;, &#380;e nie maj&#261; tu nic, poza w&#261;tpliwymi legendami. Czy byli&#347;cie na Fie&#347;cie?

O tak!  wykrzykn&#261;&#322; Pete entuzjastycznie.  Ale konie! A co za wspaniali je&#378;d&#378;cy!

To pi&#281;kne obchody. My&#347;l&#281;, &#380;e p&#243;jd&#281; popatrze&#263; troch&#281; na parad&#281;, skoro ju&#380; tu mi si&#281; nie powiod&#322;o. Jak wr&#243;cicie na ranczo, ch&#322;opcy?

Mamy rowery  odpowiedzia&#322; Bob.

Dobrze, do zobaczenia wi&#281;c  profesor zwr&#243;ci&#322; si&#281; powoli ku wyj&#347;ciu. Bob zawaha&#322; si&#281;, po czym zapyta&#322;:

Czy b&#281;d&#261;c tu, nie widzia&#322; pan przypadkiem wysokiego m&#281;&#380;czyzny z przepask&#261; na oku?

Masz na my&#347;li tego samego cz&#322;owieka, kt&#243;rego widzieli&#347;cie zesz&#322;ego wieczoru?

Tak, prosz&#281; pana.

Tu, w mie&#347;cie?  profesor zdawa&#322; si&#281; by&#263; zamy&#347;lony.  Nie, nie widzia&#322;em go.

Po wyj&#347;ciu profesora Bob i Pete zabrali si&#281; do pracy. Znale&#378;li trzy ksi&#261;&#380;ki, w kt&#243;rych by&#322;y wzmianki o J&#281;cz&#261;cej Dolinie, ale &#380;adna z nich nie m&#243;wi&#322;a nic nowego ponad to, co ju&#380; wiedzieli. Wtem Bob natkn&#261;&#322; si&#281; przypadkowo na ksi&#261;&#380;k&#281; o po&#380;&#243;&#322;k&#322;ych, pomarszczonych kartkach, kt&#243;ra stanowi&#322;a kompletn&#261; histori&#281; Doliny a&#380; po rok 1941. Sta&#322;a na niew&#322;a&#347;ciwej p&#243;&#322;ce i zapewne dlatego nie znalaz&#322; jej profesor Walsh.

Po&#380;yczyli ksi&#261;&#380;k&#281; na kart&#281; pani Dalton i opu&#347;cili bibliotek&#281;. Na dworze by&#322;o wci&#261;&#380; gor&#261;co i s&#322;onecznie. Parada w&#322;a&#347;nie si&#281; ko&#324;czy&#322;a. Z centrum wylewa&#322; si&#281; t&#322;um ludzi, wielu w kostiumach. Ch&#322;opcy przymocowali pakunki do baga&#380;nik&#243;w rower&#243;w i ruszyli w powrotn&#261; drog&#281;. Wkr&#243;tce wspinali si&#281; po d&#322;ugim stoku ku prze&#322;&#281;czy San Mateo. Jechali, jak d&#322;ugo by&#322;o to mo&#380;liwe, po czym zsiedli z rower&#243;w i szli dalej piechot&#261;.

Zatrzymali si&#281; dla odpoczynku. Stoj&#261;c na poboczu szosy, patrzyli na Channel Islands, zamglone w oddaleniu.

Chcia&#322;bym kiedy&#347; pojecha&#263; na te wyspy  powiedzia&#322; Pete.

Na niekt&#243;rych z nich hoduje si&#281; byd&#322;o i oczywi&#347;cie s&#261; kowboje  odrzek&#322; Bob.

W pobli&#380;u wysp przesuwa&#322;y si&#281; smuk&#322;e, szare kad&#322;uby okr&#281;t&#243;w marynarki wojennej. Od strony Santa Carla nadje&#380;d&#380;a&#322; samoch&#243;d, ale zapatrzeni w ocean ch&#322;opcy nie zwr&#243;cili na niego uwagi. Dopiero og&#322;uszaj&#261;cy ryk jad&#261;cego z maksymaln&#261; szybko&#347;ci&#261; auta, zmusi&#322; ich do odwr&#243;cenia si&#281;. Stan&#281;li twarz&#261; w twarz ze &#347;miertelnym niebezpiecze&#324;stwem. Samoch&#243;d p&#281;dzi&#322; poboczem szosy prosto na nich.

Uwa&#380;aj, Bob!  krzykn&#261;&#322; Pete.

Obaj uskoczyli w ostatniej chwili. Samoch&#243;d min&#261;&#322; ich z &#322;oskotem, zn&#243;w wjecha&#322; na szos&#281; i pomkn&#261;&#322; dalej.

Ale desperacki skok zani&#243;s&#322; ich poza skraj drogi. Nogi ze&#347;lizgiwa&#322;y si&#281; im po stromym stoku. Nie by&#322;o pod r&#281;k&#261; nic, czego mogliby si&#281; uchwyci&#263;. Obsuwali si&#281; coraz ni&#380;ej i ni&#380;ej w g&#322;&#261;b przepa&#347;ci.



ROZDZIA&#321; 10. Jupiter wyjawia sw&#243;j plan

Pete zsuwa&#322; si&#281; w d&#243;&#322; stromego stoku, ostre kamienie i krzaki rozdziera&#322;y mu ubranie. Czepia&#322; si&#281; zaro&#347;li, staraj&#261;c si&#281; zahamowa&#263; spadanie. Wiedzia&#322;, &#380;e zbocze ko&#324;czy si&#281; zupe&#322;nie pionowo. Ale ro&#347;liny by&#322;y zbyt s&#322;abo ukorzenione by go zatrzyma&#263;. By&#322; zaledwie o metr od miejsca, gdzie spadek za&#322;amywa&#322; si&#281; w pionow&#261; &#347;cian&#281;, gdy wyr&#380;n&#261;&#322; o gruby pie&#324; kar&#322;owatego drzewa.

Uff!  sapn&#261;&#322;, a jego ramiona instynktownie oplot&#322;y pie&#324;. Przez moment le&#380;a&#322; bez ruchu, obejmuj&#261;c kurczowo drzewo i dysz&#261;c ci&#281;&#380;ko. Wtem u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e jest sam.

Bob!  krzykn&#261;&#322;.

Nie by&#322;o odpowiedzi.

Bob!!  wrzeszcza&#322; rozpaczliwie.

Co&#347; poruszy&#322;o si&#281; na lewo od niego. Mi&#281;dzy g&#281;stymi krzewami ukaza&#322;a si&#281; twarz Boba.

Jestem ca&#322;y zdaje si&#281;  Bob m&#243;wi&#322; s&#322;abym g&#322;osem.  Le&#380;&#281; na czym&#347; w rodzaju wyst&#281;pu skalnego. Tylko nie mog&#281; poruszy&#263; nog&#261;.

Staraj si&#281; cho&#263; troszk&#281;.

Pete czeka&#322; obserwuj&#261;c lekkie poruszenia w zaro&#347;lach, gdzie le&#380;a&#322; Bob. Wreszcie dobieg&#322; go g&#322;os przyjaciela, nieco silniejszy:

My&#347;l&#281;, &#380;e nie jest tak &#378;le. Mog&#281; ni&#261; ruszy&#263;. By&#322;a skr&#281;cona pode mn&#261;. Boli, ale nie za bardzo.

S&#261;dzisz, &#380;e b&#281;dziesz m&#243;g&#322; si&#281; wczo&#322;ga&#263; z powrotem na g&#243;r&#281;?

Nie wiem, Pete. Jest okropnie stromo.

I jak si&#281; po&#347;li&#378;niemy  Pete nie musia&#322; ko&#324;czy&#263; zdania.

My&#347;l&#281;, &#380;e lepiej b&#281;dzie, jak spr&#243;bujemy wo&#322;a&#263; o pomoc  powiedzia&#322; Bob.

G&#322;o&#347;no!  zgodzi&#322; si&#281; Pete.

Otworzy&#322; szeroko usta, ale z jego gard&#322;a wydoby&#322; si&#281; tylko s&#322;aby j&#281;k. W&#322;a&#347;nie w chwili, gdy chcia&#322; wrzasn&#261;&#263;, jak m&#243;g&#322; najg&#322;o&#347;niej, dostrzeg&#322; wysoko, nad kraw&#281;dzi&#261; drogi, zwr&#243;con&#261; ku nim twarz. Poci&#261;g&#322;&#261; twarz z poszarpan&#261; blizn&#261; i z przepask&#261; na oku!

Przez d&#322;ugich dziesi&#281;&#263; sekund ch&#322;opcy i m&#281;&#380;czyzna ze szram&#261; wpatrywali si&#281; w siebie. Potem twarz znik&#322;a nagle, z drogi da&#322; si&#281; s&#322;ysze&#263; tupot st&#243;p, warkot silnika i pisk opon, samoch&#243;d odje&#380;d&#380;a&#322; szybko.

Odg&#322;os motoru zamiera&#322; powoli, gdy ch&#322;opcy us&#322;yszeli, &#380;e nadje&#380;d&#380;a inny pojazd.

Wrzeszcz!  krzykn&#261;&#322; Pete.

Obaj krzyczeli, ile si&#322; w p&#322;ucach, na pomoc!, a echo nios&#322;o ich wo&#322;anie przez g&#243;ry. Na drodze nad nimi zgrzytn&#281;&#322;y hamulce, zachrz&#281;&#347;ci&#322; &#380;wir i dwie mi&#322;e twarze ukaza&#322;y si&#281; nad kraw&#281;dzi&#261; drogi.

Wkr&#243;tce gruba lina opad&#322;a na wprost Peta. Opasa&#322; si&#281; ni&#261; dwukrotnie, uchwyci&#322; mocno wolny koniec sznura i zosta&#322; wci&#261;gni&#281;ty na g&#243;r&#281;. Lina zosta&#322;a rzucona po raz drugi i po chwili Bob stan&#261;&#322; obok Pete'a na szosie.

Stwierdzi&#322;, &#380;e nog&#281; ma tylko wykr&#281;con&#261;. Sympatyczny kierowca ci&#281;&#380;ar&#243;wki, kt&#243;ry dostarczy&#322; lin&#281; i pom&#243;g&#322; ich wci&#261;gn&#261;&#263;, jecha&#322; w stron&#281; Rancza Krzywe Y. Nalega&#322;, by po tych wszystkich przej&#347;ciach ch&#322;opcy nie ryzykowali &#380;mudnej jazdy rowerami i zabrali si&#281; z nim ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261;.

W nieca&#322;e pi&#281;tna&#347;cie minut zostali odstawieni, wraz z rowerami, pod g&#322;&#243;wn&#261; bram&#281; rancza. Podzi&#281;kowali kierowcy i powlekli si&#281; w stron&#281; domu.

Pani Dalton wysz&#322;a w&#322;a&#347;nie na ganek. Zobaczywszy ich, krzykn&#281;&#322;a z przera&#380;eniem:

O Bo&#380;e! Co si&#281; sta&#322;o? Wasze ubrania s&#261; w strz&#281;pach!

Pete w&#322;a&#347;nie zamierza&#322; odpowiedzie&#263;, gdy poczu&#322; lekkie kopni&#281;cie w kostk&#281;.

Zje&#380;d&#380;ali&#347;my z g&#243;ry za szybko i przewr&#243;cili&#347;my si&#281;  powiedzia&#322; szybko Bob.  Skr&#281;ci&#322;em troch&#281; nog&#281; i jeden pan nas podwi&#243;z&#322;.

Skr&#281;ci&#322;e&#347; nog&#281;? Poka&#380; no j&#261;, Bob.

Jak wi&#281;kszo&#347;&#263; kobiet &#380;yj&#261;cych na farmie, pani Dalton potrafi&#322;a udzieli&#263; pierwszej pomocy. Zbada&#322;a nog&#281; Boba i stwierdzi&#322;a, &#380;e jest tylko lekko skr&#281;cona. Doktor nie b&#281;dzie potrzebny, ale nie trzeba nogi nadwer&#281;&#380;a&#263;. Usadowi&#322;a Boba w wygodnym fotelu na werandzie i przynios&#322;a mu wielk&#261; szklank&#281; lemoniady.

Ale ty, Pete, jeste&#347; w formie do&#347;&#263; dobrej, &#380;eby troch&#281; popracowa&#263;  powiedzia&#322;a.  M&#261;&#380; jeszcze nie wr&#243;ci&#322;, wi&#281;c mo&#380;esz si&#281; zabra&#263; do karmienia koni we frontowej zagrodzie.

Oczywi&#347;cie, prosz&#281; pani  zgodzi&#322; si&#281; Pete skwapliwie.

Bob siedzia&#322; sobie u&#347;miechni&#281;ty w cieniu, z nog&#261; opart&#261; na krze&#347;le, podczas gdy jego przyjaciel pracowa&#322; w s&#322;onecznej spiekocie. Pete rzuca&#322; w jego stron&#281; piorunuj&#261;ce spojrzenia, ale w gruncie rzeczy fizyczny wysi&#322;ek w s&#322;o&#324;cu sprawia&#322; mu satysfakcj&#281;.

Tu&#380; przed obiadem zajecha&#322; Jupiter ci&#281;&#380;ar&#243;wk&#261; ze sk&#322;adu z&#322;omu swego wuja, prowadzi&#322; j&#261; du&#380;y, jasnow&#322;osy pomocnik pana Jonesa, Konrad. Pete pom&#243;g&#322; wy&#322;adowa&#263; i z&#322;o&#380;y&#263; w stodole sprz&#281;t do nurkowania wraz z niewielkim, tajemniczym pakunkiem.

Konrad zosta&#322; na obiedzie. Pan Dalton patrzy&#322; z podziwem na jego pot&#281;&#380;n&#261;, muskularn&#261; sylwetk&#281;.

Czy nie chcia&#322;by&#347; popracowa&#263; na ranczu, Konradzie?  zapyta&#322;.  Maj&#261;c ciebie tutaj, m&#243;g&#322;bym sobie pozwoli&#263; na utrat&#281; nawet dziesi&#281;ciu pracownik&#243;w.

Gdyby potrzebowa&#322; pan pomocy, pan Tytus z pewno&#347;ci&#261; m&#243;g&#322;by wypo&#380;yczy&#263; mnie i mego brata Hansa na par&#281; tygodni  odpar&#322; Konrad.

Pan Dalton podzi&#281;kowa&#322; mu za ofert&#281;.

Mam nadziej&#281;, &#380;e do tego nie dojdzie. Rozmawia&#322;em z m&#322;odym Castrem. Nie wierzy w &#380;adne duchy i strachy. M&#243;wi&#322;, &#380;e do wypadku dosz&#322;o przez jego w&#322;asn&#261; nieostro&#380;no&#347;&#263;. Obieca&#322; powt&#243;rzy&#263; to ludziom, jak wr&#243;ci ze szpitala.

Ale&#380; to doskonale, Jess!  ucieszy&#322;a si&#281; pani Dalton.

Jess Dalton spochmurnia&#322;.

Castro pozostanie jednak jeszcze par&#281; dni w szpitalu i nie jestem pewien, czy mamy tyle czasu. Je&#347;li wypadki b&#281;d&#261; si&#281; powtarza&#263;, odejd&#261; wszyscy pracownicy. Szeryf jest zupe&#322;nie bezradny w tej sprawie. M&#243;wi, &#380;e nic mu nie wiadomo, by El Diablo mia&#322; jakie&#347; dzieci. Nie potrafi te&#380; zidentyfikowa&#263; m&#281;&#380;czyzny, kt&#243;rego widzieli ch&#322;opcy.

Jestem pewien, &#380;e wkr&#243;tce wszystko znajdzie wyja&#347;nienie  odezwa&#322; si&#281; pocieszaj&#261;co profesor Walsh.  Prosz&#281; mie&#263; cierpliwo&#347;&#263;. Ludzie zaczn&#261; wreszcie my&#347;le&#263; i rozs&#261;dek we&#378;mie g&#243;r&#281; nad uprzedzeniami. Czas jest najlepszym lekarstwem.

Chcia&#322;bym w to wierzy&#263;  powiedzia&#322; pan Dalton smutno.

Rozmowa potoczy&#322;a si&#281; na inne tematy. Po obiedzie Konrad odjecha&#322; do Rocky Beach. Profesor musia&#322; przygotowa&#263; wyk&#322;ad, a Daltonowie zaj&#281;li si&#281; rachunkami rancza. Ch&#322;opcy poszli na g&#243;r&#281; do swego pokoju.

Jak tylko zamkn&#281;li za sob&#261; drzwi, Bob i Pete zarzucili Jupitera pytaniami.

Jaki masz plan?

Po co ten sprz&#281;t do nurkowania?

Czy to by&#322; diament?

Jupiter roze&#347;mia&#322; si&#281;.

To jest diament, tak jak przypuszcza&#322;em. Du&#380;y przemys&#322;owy diament, niewielkiej warto&#347;ci. Ekspert w Los Angeles by&#322; mocno zdziwiony, gdy mu powiedzia&#322;em, gdzie znalaz&#322;em kamie&#324;. Uwa&#380;a&#322; to za zupe&#322;nie nieprawdopodobne. By&#322; przekonany, &#380;e jest to diament afryka&#324;ski. Zostawi&#322;em mu go do dalszych test&#243;w. Zatelefonuje tu do mnie, jak tylko zako&#324;czy badania. Macie &#347;wiece i sombrera?

Pewnie  odpowiedzia&#322; Pete.

Mamy te&#380; ksi&#261;&#380;k&#281; o J&#281;cz&#261;cej Dolinie  doda&#322; Bob.

Opowiedzieli Jupiterowi o swej wyprawie do Santa Carla i o wypadku, jaki mieli w drodze powrotnej.

Zanotowali&#347;cie numer rejestracyjny samochodu?  zapyta&#322; Jupiter.

Wierz mi, Jupe, nie by&#322;o na to czasu  odpar&#322; Pete.  Zauwa&#380;y&#322;em jednak, &#380;e tablica rejestracyjna by&#322;a odmienna od tutejszej. Bia&#322;o-niebieska.

Hmm  Jupiter zamy&#347;li&#322; si&#281;.  To kolory Newady. I m&#243;wicie, &#380;e cz&#322;owiek z blizn&#261; obserwowa&#322; was z g&#243;ry?

Pewnie wr&#243;ci&#322; wyko&#324;czy&#263; robot&#281;  powiedzia&#322; gniewnie Pete.  Ale nadjecha&#322;y inne samochody i wystraszy&#322;y go.

By&#263; mo&#380;e  powiedzia&#322; Jupiter w zadumie.  Widzieli&#347;cie tak&#380;e profesora w mie&#347;cie?

Aha, a tak&#380;e starego Bena i Turnera  odpar&#322; Bob.

Do prze&#322;&#281;czy jest tylko par&#281; minut drogi samochodem  rozwa&#380;a&#322; Jupiter.  Ktokolwiek z rancza m&#243;g&#322;by tam pojecha&#263; i nikt nawet nie zauwa&#380;y&#322;by jego nieobecno&#347;ci.

Fakt  przytakn&#261;&#322; Bob.

Jednak&#380;e  kontynuowa&#322; Jupe  rejestracja z Newady jest zastanawiaj&#261;ca. O ile wiem, wszyscy tutaj maj&#261; kalifornijsk&#261;.

Chcesz powiedzie&#263;, &#380;e jest tu gdzie&#347; kto&#347; obcy, nikomu nie znany?  zapyta&#322; Pete.

Pewnie, &#380;e jest  wtr&#261;ci&#322; Bob.  M&#281;&#380;czyzna z przepask&#261; na oku.

Wszystko na to wskazuje  przyzna&#322; Jupiter.  Ale teraz musimy si&#281; wzi&#261;&#263; do roboty. Ja przewertuj&#281; t&#281; ksi&#261;&#380;k&#281; o J&#281;cz&#261;cej Dolinie, a wy dwaj zejdziecie na d&#243;&#322; i sprawdzicie nasz sprz&#281;t do nurkowania. Potem obwi&#324;cie czym&#347; zbiorniki tlenowe, &#380;eby nie by&#322;y widoczne, i przymocujcie je do rower&#243;w. Spakujcie tak&#380;e &#347;wiece i paczk&#281;, kt&#243;r&#261; przywioz&#322;em.

Plan!  wykrzykn&#281;li Bob i Pete r&#243;wnocze&#347;nie.  Jaki jest tw&#243;j plan?

Powiem wam po drodze  odpowiedzia&#322; Jupiter, spogl&#261;daj&#261;c na sw&#243;j cenny zegarek.  Teraz musimy si&#281; pospieszy&#263;, je&#347;li chcemy dotrze&#263; do J&#281;cz&#261;cej Doliny przed zachodem s&#322;o&#324;ca. Dzisiejszego wieczoru by&#263; mo&#380;e rozwi&#261;&#380;emy jej tajemnic&#281;!

P&#243;&#322; godziny p&#243;&#378;niej Pierwszy Detektyw zjawi&#322; si&#281; w stodole wymachuj&#261;c ksi&#261;&#380;k&#261;.

My&#347;l&#281;, &#380;e znalaz&#322;em cz&#281;&#347;&#263; odpowiedzi  zakomunikowa&#322;.  Pisz&#261; tu, &#380;e oko&#322;o pi&#281;&#263;dziesi&#281;ciu lat temu zamkni&#281;to wi&#281;kszo&#347;&#263; szyb&#243;w kopalni w Diabelskiej G&#243;rze. Nie znaleziono z&#322;ota ani &#380;adnych innych surowc&#243;w, zlikwidowano wi&#281;c kopalni&#281;. Pi&#281;&#263;dziesi&#261;t lat temu usta&#322;y te&#380; j&#281;ki!

Uwa&#380;asz, &#380;e jeden z tuneli zosta&#322; ponownie otwarty i wiatr wiej&#261;c przez niego wywo&#322;uje te d&#378;wi&#281;ki?  zapyta&#322; Bob.

Tak, tak w&#322;a&#347;nie my&#347;l&#281;  potwierdzi&#322; Jupiter.  Pozostaje pytanie, w jaki spos&#243;b i po co? Jeste&#347;cie gotowi?

Gotowi, Jupe.

Dobrze. Nim wyjedziemy ze stodo&#322;y, na&#322;&#243;&#380;cie sombrera. Za&#322;o&#380;yli kapelusze, umocowali ci&#281;&#380;kie zbiorniki, ukryte w parcianych workach i dosiedli rower&#243;w. Przy takim obci&#261;&#380;eniu okaza&#322;y si&#281; do&#347;&#263; trudne do prowadzenia.

Auu!  krzykn&#261;&#322; Bob, gdy tylko nacisn&#261;&#322; peda&#322;.

Twoja noga, Bob?  zapyta&#322; Pete.

To z powodu zbytniego obci&#261;&#380;enia roweru  powiedzia&#322; Jupiter.

Bob skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; z nieszcz&#281;&#347;liw&#261; min&#261;.

Chyba nie dam rady, Jupe. B&#281;d&#281; musia&#322; zosta&#263; w domu.

Jupiter patrzy&#322; na niego przez chwil&#281;, zastanawiaj&#261;c si&#281;.

Nie, nie s&#261;dz&#281;, &#380;eby&#347; musia&#322; zosta&#263;. By&#263; mo&#380;e obr&#243;cimy tego pecha w korzy&#347;&#263;. Nasz podst&#281;p b&#281;dzie bardziej przekonuj&#261;cy.

Jaki podst&#281;p?  zapyta&#322; Pete.

Klasyczna taktyka wojskowa. Pozoruje si&#281; pozycj&#281; wojsk w jednym miejscu i przygotowuje atak w innym  wyt&#322;umaczy&#322; Jupiter nie wdaj&#261;c si&#281; w szczeg&#243;&#322;y.  Bob, roz&#322;aduj sw&#243;j rower. My&#347;l&#281;, &#380;e bez tego ca&#322;ego obci&#261;&#380;enia dasz rad&#281; nim jecha&#263;.

Bob zrobi&#322;, co mu polecono, spr&#243;bowa&#322; ponownie i tym razem okaza&#322;o si&#281;, &#380;e mo&#380;e peda&#322;owa&#263; nie odczuwaj&#261;c b&#243;lu. Pojechali w stron&#281; bramy. Kiedy mijali dom, stoj&#261;ca na ganku pani Dalton pomacha&#322;a do nich r&#281;k&#261;.

Bawcie si&#281; dobrze i nie wracajcie zbyt p&#243;&#378;no!  zawo&#322;a&#322;a.

I b&#261;d&#378;cie ostro&#380;ni!

Za bram&#261; ruszyli szybciej ku J&#281;cz&#261;cej Dolinie. Dotarli do &#380;elaznej furtki na ko&#324;cu drogi i zeszli z rower&#243;w. Przenie&#347;li je wraz z &#322;adunkiem w g&#281;ste krzaki.

Teraz  oznajmi&#322; Jupiter  powiem wam, jaki jest m&#243;j plan. Wejdziemy do jaskini nie b&#281;d&#261;c widziani.

Pete skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Rozumiem. We&#378;miemy j&#281;k przez zaskoczenie.

Tak jest. Je&#347;li moja teoria jest s&#322;uszna, jeste&#347;my w&#322;a&#347;nie pilnie obserwowani.

Do licha! To jak to zrobimy?  mrukn&#261;&#322; Bob.

Dostaniemy si&#281; do jaskini pod wod&#261;, przy u&#380;yciu naszego ekwipunku. Sprawdzi&#322;em przyp&#322;yw, jest wy&#380;szy dzisiejszego wieczoru. Obliczy&#322;em, &#380;e tunel prowadz&#261;cy z pla&#380;y powinien by&#263; pod wod&#261;.

Ale, Jupe, jak dostaniemy si&#281; do wody niezauwa&#380;enie, skoro ca&#322;y czas jeste&#347;my obserwowani?  zapyta&#322; Bob.

Jupiter rozpromieni&#322; si&#281; tryumfalnie.

Stosuj&#261;c taktyk&#281; przyn&#281;ty! Na wz&#243;r armii, kt&#243;ra rozpala ogniska obozowe, ustawia atrapy urz&#261;dze&#324; militarnych, po czym wymyka si&#281; cichaczem.

Ale  zacz&#261;&#322; Pete, ale Jupe wpad&#322; mu w s&#322;owa:

Zauwa&#380;y&#322;em wczorajszego wieczoru, &#380;e o ile &#347;cie&#380;ka prowadz&#261;ca na prawo jest dobrze widoczna ze szczytu Diabelskiej G&#243;ry, o tyle prowadz&#261;ca na lewo pozostaje ukryta. Chod&#378;cie, b&#281;dziemy szli swobodnie, bez chowania si&#281;.

Podnie&#347;li pakunki i poszli w d&#243;&#322; biegn&#261;c&#261; w lewo &#347;cie&#380;k&#261;. Gdy znale&#378;li si&#281; poza zasi&#281;giem obserwacji z wierzcho&#322;ka g&#243;ry, Jupiter kaza&#322; im zatrzyma&#263; si&#281;. Z&#322;o&#380;yli baga&#380;e i patrzyli, jak Jupe rozwija sw&#243;j tajemniczy pakunek.

To tylko stare ubrania!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

Takie same jak te, kt&#243;re mamy na sobie  doda&#322; Bob.

W&#322;a&#347;nie  skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; Jupiter.  Wype&#322;nimy je traw&#261; i chwastami i zawi&#261;&#380;emy sznurkiem ko&#324;ce r&#281;kaw&#243;w i nogawek.

Zabrali si&#281; do dzie&#322;a i wkr&#243;tce uformowali dwie kuk&#322;y wygl&#261;daj&#261;ce jak Pete i Jupiter.

A sombrera ukryj&#261; nasze twarze!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

W&#322;a&#347;nie  Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.  Posadzimy kuk&#322;y tak, &#380;eby by&#322;y dobrze widoczne ze szczytu g&#243;ry. Ktokolwiek tam jest, b&#281;dzie przekonany, &#380;e to my, zw&#322;aszcza &#380;e Bob zostanie tu i b&#281;dzie nimi porusza&#322; od czasu do czasu.

Usadowili kuk&#322;y na skarpie powy&#380;ej &#347;cie&#380;ki, a Bob usiad&#322; za nimi. Obserwuj&#261;c z oddali mog&#322;o to stwarza&#263; wra&#380;enie, &#380;e Trzej Detektywi siedz&#261; sobie po prostu na skraju urwiska, podziwiaj&#261; widok i rozmawiaj&#261;.

Ukryci poni&#380;ej, Pete z Jupiterem, zbiegali w d&#243;&#322; ku ma&#322;ej pla&#380;y. Tam, wci&#261;&#380; niewidoczni z g&#243;ry, zdj&#281;li ubranie i za&#322;o&#380;yli butle tlenowe, okulary i p&#322;etwy.

Fale s&#261; dzisiaj ma&#322;e  powiedzia&#322; Jupe.  Nie powinni&#347;my mie&#263; k&#322;opot&#243;w z dop&#322;yni&#281;ciem st&#261;d do wej&#347;cia do jaskini.

Pete skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Pod wod&#261; nie zabierze nam to wi&#281;cej ni&#380; dziesi&#281;&#263; minut, zw&#322;aszcza z p&#322;etwami.

Racja. Mam kompas, ale w razie potrzeby mo&#380;emy wyp&#322;yn&#261;&#263; na kr&#243;tko na powierzchni&#281; i zorientowa&#263; si&#281;, gdzie jeste&#347;my. Nasza przyn&#281;ta powinna odci&#261;gn&#261;&#263; obserwatora od oceanu.

Ch&#322;opcy za&#322;o&#380;yli ustniki do oddychania, zeszli ty&#322;em do wody i zsun&#281;li si&#281; pod fale.



ROZDZIA&#321; 11. Cie&#324; pod wod&#261;

Pete p&#322;yn&#261;&#322; za faluj&#261;cymi przed nim p&#322;etwami Jupitera, przez &#347;wietli&#347;cie przejrzyst&#261; wod&#281;. Ch&#322;opcy byli do&#347;wiadczonymi nurkami. Posuwali si&#281; naprz&#243;d bez zbytecznych ruch&#243;w, jedynie dzi&#281;ki pracy st&#243;p. Pete obserwowa&#322; ciemne cienie ska&#322;, podczas gdy Jupe koncentrowa&#322; si&#281; na utrzymaniu w&#322;a&#347;ciwego kierunku, zgodnie z kompasem na przegubie d&#322;oni. Ryby &#347;miga&#322;y wok&#243;&#322; nich. Du&#380;a p&#322;astuga, niewidoczna na tle skalistego dna, oderwa&#322;a si&#281; nagle od ska&#322;y i wystraszy&#322;a Pete'a, po czym odp&#322;yn&#281;&#322;a majestatycznie.

Po paru minutach Jupiter zatrzyma&#322; si&#281; i zwr&#243;ci&#322; twarz&#261; do Pete'a. Wskaza&#322; na sw&#243;j chronometr, a potem w stron&#281; brzegu. Pete skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Czas skierowa&#263; si&#281; do jaskini El Diablo.

Jupiter nadal prowadzi&#322;. Bli&#380;ej brzegu woda by&#322;a zamulona i z dna stercza&#322;o wi&#281;cej g&#322;az&#243;w. Pete p&#322;yn&#261;&#322; wi&#281;c bli&#380;ej trzepocz&#261;cych przed nim p&#322;etw Jupe'a. Tak blisko, &#380;e wpad&#322; na plecy kolegi, gdy ten si&#281; nagle zatrzyma&#322;. Zakl&#261;&#322; zirytowany, ale z&#322;o&#347;&#263; szybko mu przesz&#322;a, gdy zobaczy&#322;, &#380;e Jupiter nagl&#261;cym gestem wskazuje na co&#347; po lewej stronie. Obr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281;.

Ciemny kszta&#322;t przesuwa&#322; si&#281; wolno w wodzie, w odleg&#322;o&#347;ci nie wi&#281;kszej ni&#380; dziesi&#281;&#263; metr&#243;w od nich. By&#322; gruby i d&#322;ugi jak wielkie cygaro  sylwetka rekina lub nawet gro&#378;nego delfina szablogrzbieta.

Serce Pete'a wali&#322;o jak m&#322;otem. Ale ch&#322;opcy odebrali staranny trening, jak zachowa&#263; si&#281; w takiej sytuacji. Natychmiast obaj zareagowali zgodnie z instrukcj&#261;. Wykonuj&#261;c jak najmniej ruch&#243;w, kt&#243;re mog&#322;yby przyci&#261;gn&#261;&#263; uwag&#281; rekina, opadli na dno. Na wszelki wypadek wyci&#261;gn&#281;li zza pas&#243;w no&#380;e i dryfowali wolno w stron&#281; bezpiecznej os&#322;ony ska&#322;.

Pete uwa&#380;nie obserwowa&#322; ciemny kszta&#322;t. Doszed&#322; do wniosku, &#380;e porusza si&#281; zbyt spokojnie, zbyt uparcie w linii prostej i zbyt jest d&#322;ugi jak na rekina. Z drugiej strony by&#322; za ma&#322;y i za powolny jak na delfina szablogrzbieta.

Jupiter dotkn&#261;&#322; ramienia Pete'a i zrobi&#322; znak imituj&#261;cy rekina. Pete potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;. Przez chwil&#281; jeszcze obserwowali dziwny kszta&#322;t, odp&#322;ywaj&#261;cy niespiesznie w morze. Oddalili si&#281; wolno od dna i pop&#322;yn&#281;li dalej. Wreszcie rozko&#322;ysanie fal wskaza&#322;o im, &#380;e s&#261; blisko skalnej &#347;ciany Diabelskiej G&#243;ry. Wynurzyli si&#281; ostro&#380;nie. Znajdowali si&#281; w niewielkiej odleg&#322;o&#347;ci od otworu tunelu wiod&#261;cego do jaskini.

Co to by&#322;o?  zapyta&#322; Jupiter, gdy tylko usun&#261;&#322; ustnik.

Nie wiem  odpowiedzia&#322; Pete nerwowo.  Jestem zupe&#322;nie pewien, &#380;e to nie by&#322; ani rekin, ani delfin. Mo&#380;e powinni&#347;my wr&#243;ci&#263;, Jupe, i zawiadomi&#263; szeryfa.

Jak przyjdzie tu z ca&#322;ym oddzia&#322;em, niczego nie znajdzie. Cokolwiek to by&#322;o, odp&#322;yn&#281;&#322;o, no nie? Jestem pewien, &#380;e ma to jakie&#347; proste wyja&#347;nienie, poza tym jest ju&#380; daleko.

Czy ja wiem  Pete waha&#322; si&#281;.

Teraz, kiedy tak daleko zaszli&#347;my, by&#322;oby g&#322;upot&#261; zawr&#243;ci&#263;  powiedzia&#322; Jupiter zdecydowanie. Nie cierpia&#322; gdy co&#347; krzy&#380;owa&#322;o plany, zw&#322;aszcza kiedy by&#322; na tropie.  Chod&#378;, Pete. Wchodz&#281; do jaskini. Trzymaj lin&#281;, p&#243;ki nie znajd&#281; si&#281; w &#347;rodku.

Jupiter znikn&#261;&#322; pod wod&#261;. S&#322;o&#324;ce ju&#380; zachodzi&#322;o. Pete czeka&#322; w zapadaj&#261;cym zmierzchu. Gdy poczu&#322; dwukrotne szarpni&#281;cie liny, w&#322;o&#380;y&#322; ustnik i wp&#322;yn&#261;&#322; do pasa&#380;u.

Lekka fala ko&#322;ysa&#322;a wod&#281;. Pete p&#322;yn&#261;&#322; o&#347;wietlaj&#261;c sw&#261; drog&#281; wodoszczeln&#261; latark&#261;, stanowi&#261;c&#261; cz&#281;&#347;&#263; jego aparatury nurka. Tunel wznosi&#322; si&#281; ku g&#243;rze i wkr&#243;tce woda by&#322;a zbyt p&#322;ytka, by p&#322;yn&#261;&#263;. Pete przeszed&#322; ostatnie metry dziel&#261;ce go od groty, w kt&#243;rej czeka&#322; Jupiter. Zdejmowa&#322; w&#322;a&#347;nie p&#322;etwy, gdy rozleg&#322;o si&#281; znajome:

Aaaaa-uuuuu-uuu-uu!

Jaskinia j&#281;cza&#322;a!

O rany, Jupe, mia&#322;e&#347; racj&#281;  szepn&#261;&#322; Pete.  Nikt nie widzia&#322;, kiedy wchodzili&#347;my, i j&#281;k nie usta&#322;.

Na to wygl&#261;da, co?  powiedzia&#322; Jupiter z szerokim u&#347;miechem.  Godzina zmierzchu, pora naszej pierwszej wizyty w jaskini. Chod&#378;my.

Zdj&#281;li sprz&#281;t do nurkowania. Jupiter wyj&#261;&#322; z wodoszczelnego worka zapa&#322;ki i wszystkie inne potrzebne im przedmioty. Zapali&#322; dwie &#347;wiece.

Podejdziemy z zapalonymi &#347;wiecami do uj&#347;&#263; wszystkich tuneli dochodz&#261;cych do tej jaskini. Je&#347;li p&#322;omie&#324; b&#281;dzie si&#281; chybota&#322;, oznacza to, &#380;e w tunelu jest pr&#261;d powietrza. Je&#347;li &#347;wieca b&#281;dzie si&#281; pali&#263; r&#243;wno, tunel jest prawdopodobnie zablokowany. To nam zaoszcz&#281;dzi du&#380;o czasu i wysi&#322;ku.

Sprytny pomys&#322;  Pete skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; z uznaniem.

Badali otwory tunelu jeden po drugim. W jednym p&#322;omie&#324; drga&#322; lekko, ale nie zadowoli&#322;o to Jupitera. Pete przeszed&#322; do nast&#281;pnego. Teraz p&#322;omie&#324; &#347;wiecy zosta&#322; gwa&#322;townie wci&#261;gni&#281;ty do ciemnego uj&#347;cia tunelu.

Tutaj Jupe!  krzykn&#261;&#322; podniecony.

Ciii  szepn&#261;&#322; Jupiter.  Nie wiadomo, jak blisko kto&#347; tu mo&#380;e by&#263;.

Obaj wstrzymali oddech i nas&#322;uchiwali. Przez d&#322;ugie sekundy panowa&#322;a cisza i Pete by&#322; w&#347;ciek&#322;y na siebie za wydawanie okrzyk&#243;w. Wreszcie j&#281;k rozleg&#322; si&#281; ponownie, odleg&#322;y, ale wyra&#378;ny.

Aaaaa-uuuu-uuu-uu!

Zdawa&#322; si&#281; dochodzi&#263; wprost z korytarza, kt&#243;ry wci&#261;gn&#261;&#322; p&#322;omie&#324; &#347;wiecy. Jupe narysowa&#322; przy wej&#347;ciu do niego ma&#322;y znak zapytania, zgasili &#347;wiece, zapalili latarki i weszli w g&#322;&#261;b.

Tymczasem Bob siedzia&#322; z kuk&#322;ami na szczycie urwiska i przygl&#261;da&#322; si&#281; jaskrawo pomara&#324;czowemu zachodowi s&#322;o&#324;ca. Rozprostowa&#322; ostro&#380;nie nogi. Siedzia&#322; tak ju&#380; p&#243;&#322; godziny i pozoruj&#261;c rozmow&#281; z przyjaci&#243;&#322;mi, gada&#322; do siebie. Zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e czuje czyj&#347; wzrok na sobie. Wiedzia&#322;, &#380;e to tylko jego wyobra&#378;nia, ale wra&#380;enie nie by&#322;o mi&#322;e.

Dla zabicia czasu zacz&#261;&#322; czyta&#263; ksi&#261;&#380;k&#281; o J&#281;cz&#261;cej Dolinie. Doszed&#322; do rozdzia&#322;u, kt&#243;ry m&#243;wi&#322; o zamkni&#281;ciu szyb&#243;w kopalnianych, po czym czyta&#322; dalej. Nagle wyprostowa&#322; si&#281;.

O rany!  wyda&#322; st&#322;umiony okrzyk.

Dalej ksi&#261;&#380;ka traktowa&#322;a o Benie Jacksonie i jego partnerze. Obaj nale&#380;eli do g&#243;rnik&#243;w poszukuj&#261;cych z&#322;ota w Diabelskiej G&#243;rze, wykopali w niej jeden z szyb&#243;w. Kiedy kopalnia zosta&#322;a zamkni&#281;ta, a ich szyb wraz z innymi zaczopowano, nie opu&#347;cili oni swej chaty na szczycie pasma wzg&#243;rz, tu&#380; obok Diabelskiej G&#243;ry. Upierali si&#281;, &#380;e b&#281;d&#261; dalej poszukiwa&#263; z&#322;ota i diament&#243;w!

Bob zmarszczy&#322; czo&#322;o. By&#322; pewien, &#380;e Jupe, pal&#261;c si&#281; do realizacji swego planu, nie przeczyta&#322; tego rozdzia&#322;u do ko&#324;ca. Gdyby przeczyta&#322;, &#380;e stary Ben uwa&#380;a&#322;, &#380;e w Diabelskiej G&#243;rze s&#261; diamenty, wspomnia&#322;by o tym.

Boba ogarn&#261;&#322; strach. Jupiter przypuszcza&#322;, &#380;e j&#281;ki mog&#261; by&#263; wywo&#322;ane ponownym otwarciem kt&#243;rego&#347; szybu. Ben i jego partner znali prawdopodobnie jaskini&#281; lepiej ni&#380; ktokolwiek. Wykopali jeden z szyb&#243;w. C&#243;&#380; &#322;atwiejszego, jak otworzy&#263; go znowu. Potem Bob przypomnia&#322; sobie jeszcze jedno. W jaki spos&#243;b stary Ben zaskoczy&#322; ich w jaskini poprzedniego wieczoru? Znajdowali si&#281; wtedy w wewn&#281;trznej jaskini, a stary Ben twierdzi&#322;, &#380;e us&#322;ysza&#322; ich przechodz&#261;c na zewn&#261;trz. Nagle Bob u&#347;wiadomi&#322; sobie, &#380;e to by&#322;oby niemo&#380;liwe. Odleg&#322;o&#347;&#263; by&#322;a za du&#380;a. Stary Ben musia&#322; wi&#281;c by&#263; wewn&#261;trz pieczary, gdy ich us&#322;ysza&#322;. K&#322;ama&#322; zatem. Dlaczego?

Teraz ju&#380; mocno zaniepokojony, Bob opu&#347;ci&#322; si&#281; poni&#380;ej linii widoczno&#347;ci. Z po&#347;piechem wypcha&#322; stare spodnie i koszul&#281;, podobne do tych, kt&#243;re nosi&#322;. Za&#322;o&#380;y&#322; kukle sombrero i ostro&#380;nie posadzi&#322; j&#261; obok pozosta&#322;ych. W ciemniej&#261;cym zmierzchu trzy kuk&#322;y powinny wygl&#261;da&#263; do&#347;&#263; przekonuj&#261;co, by zwie&#347;&#263; obserwatora.

Pochylony da&#322; nura w g&#281;ste zaro&#347;la porastaj&#261;ce zbocze poni&#380;ej drogi. Szed&#322; szybko w&#347;r&#243;d nich, r&#243;wnolegle do drogi, ale w sporej od niej odleg&#322;o&#347;ci. Musi jak najszybciej wr&#243;ci&#263; do domu i powiedzie&#263; Daltonom, co robi&#261; Jupe i Pete. Je&#347;li stary Ben rzeczywi&#347;cie znalaz&#322; kopalni&#281; diament&#243;w, ch&#322;opcy mog&#261; by&#263; w powa&#380;nym niebezpiecze&#324;stwie!

Przedzieraj&#261;c si&#281; przez zaro&#347;la i walcz&#261;c z b&#243;lem w skr&#281;conej nodze, uszed&#322; kilkaset metr&#243;w, gdy dobieg&#322; go delikatny odg&#322;os. Bit&#261; drog&#261;, powy&#380;ej, jecha&#322; wolno samoch&#243;d  bez &#347;wiate&#322;! Bob przykucn&#261;&#322; w krzakach i w tym samym momencie samoch&#243;d zatrzyma&#322; si&#281;. Kto&#347; wysiad&#322;, zszed&#322; do doliny i skierowa&#322; si&#281; ku Diabelskiej G&#243;rze. By&#322; ubrany na czarno, niemal niewidoczny, jak cie&#324; w mroku p&#243;&#378;nego wieczoru. Doszed&#322; do g&#243;ry i znik&#322;.

Bob podkrad&#322; si&#281; do zaparkowanego samochodu. W&#243;z mia&#322; tablic&#281; rejestracyjn&#261; Newady.

W g&#322;&#281;bi jaskini Pete i Jupe tropili nadal j&#281;kliwy d&#378;wi&#281;k. Po przej&#347;ciu pierwszego korytarza znale&#378;li si&#281; w nast&#281;pnej grocie i ponownie pos&#322;u&#380;yli si&#281; &#347;wiecami, by odnale&#378;&#263; dalsz&#261; drog&#281;. W trzeciej grocie, mniejszej od innych, znale&#378;li trzy otwory tuneli i we wszystkich by&#322; silny pr&#261;d powietrza. Zdecydowali nie rozdziela&#263; si&#281; i razem przeszukiwa&#263; ka&#380;dy korytarz po kolei.

Pierwszy tunel bieg&#322; spory kawa&#322;ek prosto, po czym za&#322;amywa&#322; si&#281; pod k&#261;tem prostym.

Prowadzi w stron&#281; oceanu, Jupe  stwierdzi&#322; Pete.

To nie mo&#380;e by&#263; w&#322;a&#347;ciwy kierunek  powiedzia&#322; Jupiter po zastanowieniu.  J&#281;k dobiega raczej od strony doliny. Zgodnie z moim kompasem powinni&#347;my wi&#281;c i&#347;&#263; na wsch&#243;d albo p&#243;&#322;nocny wsch&#243;d.

Ten tunel biegnie na po&#322;udniowy zach&#243;d  powiedzia&#322; Pete spogl&#261;daj&#261;c na kompas Jupe'a.

Zawr&#243;cili i weszli w nast&#281;pny tunel, ale i ten skr&#281;ci&#322; na po&#322;udniowy zach&#243;d. Cofn&#281;li si&#281; ponownie do ma&#322;ej groty. Pete zacz&#261;&#322; si&#281; niecierpliwi&#263;.

Jak babci&#281; kocham, Jupe, mo&#380;emy tak &#322;azi&#263; w k&#243;&#322;ko w niesko&#324;czono&#347;&#263;.

Mam pewno&#347;&#263;, &#380;e jeste&#347;my na w&#322;a&#347;ciwym tropie. Ilekro&#263; przesuwamy si&#281; na wsch&#243;d, d&#378;wi&#281;k staje si&#281; silniejszy.

Pete wszed&#322; niech&#281;tnie za Jupiterem w trzeci tunel. Pr&#261;d powietrza by&#322; tu silniejszy, a j&#281;k brzmia&#322; o wiele g&#322;o&#347;niej. Tunel prowadzi&#322; wprost na wsch&#243;d! Jupiter par&#322; do przodu, jak m&#243;g&#322; najszybciej, w s&#322;abym &#347;wietle latarki. Nagle zatrzymali si&#281; obaj.

W &#347;cianie po lewej stronie zia&#322; otw&#243;r. Boczny pasa&#380; &#322;&#261;czy&#322; si&#281; w tym miejscu z tunelem, w kt&#243;rym si&#281; znajdowali.

Co&#347; takiego!  powiedzia&#322; Pete.  To pierwszy boczny tunel, jaki tu spotka&#322;em.

Tak  odpar&#322; Jupiter, badaj&#261;c odga&#322;&#281;zienie w &#347;wietle latarki.  Zosta&#322; wykuty przez cz&#322;owieka. Stary szyb, kt&#243;rego nie zablokowano. Pete, patrz!

P&#322;omie&#324; &#347;wiecy Jupe'a odgina&#322; si&#281; silnie.

Co to oznacza, Jupe?

To oznacza, &#380;e gdzie&#347; tam dalej jest wyj&#347;cie na zewn&#261;trz. Prawdopodobnie jedno ze starych wej&#347;&#263; do kopalni zosta&#322;o otworzone potajemnie.

Dlaczego wi&#281;c szeryf go nie znalaz&#322;, ani pan Dalton?

Tego jeszcze nie wiem, ale  Jupiter urwa&#322; i zacz&#261;&#322; nas&#322;uchiwa&#263;.

Pete us&#322;ysza&#322; tak&#380;e  ledwie uchwytny odg&#322;os kopania.

Chod&#378;  szepn&#261;&#322; Jupiter i skr&#281;ci&#322; w odga&#322;&#281;zienie tunelu. Pete w&#322;a&#347;nie zamierza&#322; i&#347;&#263; za nim, gdy nagle dobieg&#322; go odg&#322;os krok&#243;w w tunelu, kt&#243;rym przyszli.

Jupe  j&#281;kn&#261;&#322; s&#322;abo.

Tu&#380; za nimi sta&#322; ma&#322;y, szczup&#322;y m&#281;&#380;czyzna, o p&#322;on&#261;cych ciemnych oczach i dumnej twarzy. Twarzy nieomal ch&#322;opi&#281;cej. Nosi&#322; czarne sombrero, kr&#243;tki czarny &#380;akiet, koszul&#281; o wysokim ko&#322;nierzyku, obcis&#322;e czarne spodnie, rozszerzaj&#261;ce si&#281; jak dzwony nad l&#347;ni&#261;cymi czarnymi butami. To by&#322; m&#322;ody cz&#322;owiek z portretu, kt&#243;rego zdj&#281;cie pokazywa&#322; im profesor Walsh. El Diablo! W lewej r&#281;ce trzyma&#322; pistolet.



ROZDZIA&#321; 12. Pojmani

Rany boskie!  wrzasn&#261;&#322; Pete.

El Diablo skierowa&#322; na niego pistolet i drug&#261; r&#281;k&#261; wykona&#322; ucinaj&#261;cy gest.

Chce, &#380;eby&#347;my byli cicho  powiedzia&#322; Jupiter lekko dr&#380;&#261;cym g&#322;osem.

El Diablo skin&#261;&#322; potakuj&#261;co g&#322;ow&#261;. Jego ch&#322;opi&#281;ca twarz nie mia&#322;a &#380;adnego wyrazu. Ruchem pistoletu da&#322; im znak, &#380;e maj&#261; i&#347;&#263; przed nim w kierunku, z kt&#243;rego w&#322;a&#347;nie przyszli. Us&#322;uchali niech&#281;tnie. Wr&#243;cili do groty, tam El Diablo skierowa&#322; ich do nast&#281;pnego tunelu, po prawej stronie.

Szli i szli przez pasa&#380;e i groty. Chocia&#380; Pete sprawdzi&#322; na zegarku, &#380;e min&#281;&#322;o mniej ni&#380; pi&#281;&#263; minut, zdawa&#322;o mu si&#281;, &#380;e ju&#380; ca&#322;e godziny trwa ta mozolna w&#281;dr&#243;wka. Szed&#322; za Jupiterem, a tu&#380; za nim El Diablo ze swym pistoletem.

Sta&#263;!

Komenda zosta&#322;a rzucona w momencie, gdy weszli do kolejnej groty. By&#322;o to pierwsze s&#322;owo, kt&#243;re wypowiedzia&#322; El Diablo. Jego g&#322;os by&#322; dziwnie st&#322;umiony.

Ch&#322;opcy zatrzymali si&#281;. Grota by&#322;a mniejsza od wszystkich, w kt&#243;rych byli dot&#261;d, i panowa&#322;a w niej ponura atmosfera.

Tam!  rzuci&#322; El Diablo, wskazuj&#261;c na w&#261;ski otw&#243;r w &#347;cianie.

Jupiter i Pete rzucili sobie rozpaczliwe spojrzenia, ale nie mieli innego wyj&#347;cia. Wmaszerowali do w&#261;skiego tunelu wraz z post&#281;puj&#261;cym za nimi bandyt&#261;. Przeszli zaledwie dziesi&#281;&#263; krok&#243;w, gdy wyr&#243;s&#322; przed nimi kopiec kamieni kompletnie blokuj&#261;cy przej&#347;cie. &#346;lepy tunel! Obr&#243;cili si&#281; przera&#380;eni.

Twarz El Diablo pozosta&#322;a kamienna. Ruchem pistoletu pokaza&#322; im, &#380;e maj&#261; stan&#261;&#263; pod &#347;cian&#261; po lewej stronie. Nast&#281;pnie pochyli&#322; si&#281; i szybko przetoczy&#322; na bok ogromny g&#322;az, jeden ze sterty blokuj&#261;cej tunel.

Wchod&#378;cie!  rozkaza&#322;.

Ch&#322;opcy podeszli do wyrwy utworzonej w stercie kamieni. Pete zajrza&#322; do &#347;rodka. Nie m&#243;g&#322; dostrzec nic poza czarn&#261; jam&#261;. Nim zd&#261;&#380;y&#322; o&#347;wietli&#263; j&#261; latark&#261;, silne pchni&#281;cie zwali&#322;o go w g&#322;&#261;b. Wyl&#261;dowa&#322; na kamiennej pod&#322;odze. Co&#347; ci&#281;&#380;kiego uderzy&#322;o go w &#380;ebra. Us&#322;ysza&#322;, &#380;e g&#322;az toczony jest z powrotem na miejsce. Le&#380;a&#322; oszo&#322;omiony w kompletnych ciemno&#347;ciach.

Pete?  To by&#322; g&#322;os Jupe'a tu&#380; obok.

Jestem, jestem  odpowiedzia&#322;  cho&#263; wola&#322;bym, &#380;eby mnie tu nie by&#322;o.

Obawiam si&#281;, &#380;e on nas zamurowa&#322;  szept Jupitera dobiega&#322; z ciemno&#347;ci.

Obawiam si&#281;  parskn&#261;&#322; Pete sarkastycznie.  Ja si&#281; po prostu potwornie boj&#281;.


Bob szed&#322; spiesznie skrajem J&#281;cz&#261;cej Doliny w kierunku Rancza Krzywe Y. Za nim, jakby dla zach&#281;ty, dolina zawodzi&#322;a:

Aaaaa-uuuuu-uuu-uu!

Bob wiedzia&#322;  oznacza&#322;o to, &#380;e plan Jupe'a si&#281; powi&#243;d&#322;. Wraz z Pete'em musieli ju&#380; by&#263; wewn&#261;trz jaskini i j&#281;k nie usta&#322;. Ale w tej chwili Bob nie cieszy&#322; si&#281; tym sukcesem. Je&#347;li jego podejrzenia by&#322;y s&#322;uszne, je&#347;li Ben Jackson i Waldo Turner maj&#261; co&#347; wsp&#243;lnego z tym zawodzeniem, Pete i Jupe mog&#261; by&#263; w powa&#380;nym niebezpiecze&#324;stwie. W dodatku ten cz&#322;owiek w samochodzie z Newady Kto to jest? Bob widzia&#322; tylko ciemn&#261; sylwetk&#281; zmierzaj&#261;c&#261; w kierunku Diabelskiej G&#243;ry. Czeka&#322; jaki&#347; czas w pobli&#380;u samochodu, ale m&#281;&#380;czyzna nie wr&#243;ci&#322;.

Stanowczo za du&#380;o tu si&#281; dzieje, by mogli sobie z tym poradzi&#263; sami, bez pomocy doros&#322;ych. Musi si&#281; czym pr&#281;dzej dosta&#263; na ranczo.

Kiedy min&#261;&#322; J&#281;cz&#261;c&#261; Dolin&#281;, zaryzykowa&#322; wyj&#347;cie na drog&#281;, po kt&#243;rej m&#243;g&#322; i&#347;&#263; szybciej. Stopniowo j&#281;k brzmia&#322; coraz s&#322;abiej. W pewnym momencie inny d&#378;wi&#281;k zaostrzy&#322; jego czujno&#347;&#263;. Nadje&#380;d&#380;a&#322; samoch&#243;d. Bob skoczy&#322; w krzaki na skraju drogi. Samoch&#243;d przemkn&#261;&#322; p&#281;dem ko&#322;o niego. Ch&#322;opiec nie zdo&#322;a&#322; dostrzec twarzy pochylonego nad kierownic&#261; m&#281;&#380;czyzny, zauwa&#380;y&#322; tylko, &#380;e mia&#322; na g&#322;owie sombrero. Zobaczy&#322; te&#380; na tyle samochodu tablic&#281; rejestracyjn&#261; Newady.

Bob wr&#243;ci&#322; na drog&#281; podenerwowany. Cz&#322;owiek w samochodzie z Newady bardzo si&#281; spieszy&#322;. Co zasz&#322;o w przepastnej jaskini Diabelskiej G&#243;ry? Bobowi &#347;cisn&#281;&#322;o si&#281; serce. Spr&#243;bowa&#322; biec ze sw&#261; obola&#322;&#261; nog&#261;. Musi czym pr&#281;dzej dotrze&#263; do domu i sprowadzi&#263; pomoc. Tym razem Jupiter posun&#261;&#322; si&#281; za daleko!

Och!

Kto&#347; nagle pojawi&#322; si&#281; na drodze i biegn&#261;cy z pochylon&#261; g&#322;ow&#261; Bob wpad&#322; na niego z impetem. Silne r&#281;ce schwyci&#322;y go za ramiona. Podni&#243;s&#322; g&#322;ow&#281; i spojrza&#322; na d&#322;ug&#261;, przeci&#281;t&#261; blizn&#261; twarz z czarn&#261; przepask&#261; na oku.


Jupiter i Pete siedzieli skuleni pod kamienn&#261; &#347;cian&#261;. Od czasu do czasu dobiega&#322; ich j&#281;k, s&#322;aby i odleg&#322;y.

Widzisz co&#347;?  szepn&#261;&#322; Pete.

Absolutnie nic. Jeste&#347;my kompletnie zablokowani i Och, czy my&#347;my zwariowali!  Jupiter roze&#347;mia&#322; si&#281; nagle.

Na Boga, Jupe, co ci&#281; tak &#347;mieszy?  szepn&#261;&#322; Pete.

M&#243;wimy szeptem i siedzimy w ciemno&#347;ciach, a przecie&#380; nie ma nikogo, kto by nas us&#322;ysza&#322;, i mamy ze sob&#261; nasze latarki!

Za&#347;wiecili je i u&#347;miechn&#281;li si&#281; do siebie z za&#380;enowaniem. Pete skierowa&#322; latark&#281; na kamienn&#261; blokad&#281;.

Nikt nas nie s&#322;yszy i mamy latarki, ale to nie pomo&#380;e nam wydosta&#263; si&#281; st&#261;d  powiedzia&#322; Jupiter. Jak zwykle, zachowywa&#322; zimn&#261; krew.  Przede wszystkim spr&#243;bujemy wypchn&#261;&#263; ten du&#380;y g&#322;az. El Diablo nie wygl&#261;da&#322; na wyj&#261;tkowo silnego, a przetoczy&#322; go z &#322;atwo&#347;ci&#261;.

Pete pierwszy zabra&#322; si&#281; do roboty, ale kamie&#324; ani drgn&#261;&#322;. Jupiter przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do niego i obaj wszystkimi si&#322;ami napierali na g&#322;az, kt&#243;ry jednak nie przesun&#261;&#322; si&#281; ani o milimetr. Zdyszani, dali wreszcie spok&#243;j.

Musia&#322; go zaklinowa&#263; z zewn&#261;trz  powiedzia&#322; Jupiter.  Im mocniej pchamy, tym bardziej trzyma klin. Zamkn&#261;&#322; nas na amen.

&#346;licznie! Jak my&#347;lisz, Jupe, czy to rzeczywi&#347;cie by&#322; El Diablo? Profesor m&#243;wi&#322;, &#380;e on mo&#380;e jeszcze &#380;y&#263;.

By&#263; mo&#380;e, ale z pewno&#347;ci&#261; nie tak by wygl&#261;da&#322;. Nie zapominaj, &#380;e mia&#322;by dzisiaj oko&#322;o stu lat. Cz&#322;owiek, kt&#243;ry nas schwyta&#322;, wygl&#261;da&#322; jak El Diablo z roku 1880.

Tak, tak w&#322;a&#347;nie my&#347;la&#322;em.

A zauwa&#380;y&#322;e&#347;, jak nieruchom&#261; mia&#322; twarz?  zapyta&#322; Jupiter.  Jak to mo&#380;liwe, &#380;eby cho&#263; raz nie zmarszczy&#322; czo&#322;a, nie skrzywi&#322; ust?

Zauwa&#380;y&#322;em oczywi&#347;cie, ale

Jestem przekonany, &#380;e bandyta nosi&#322; mask&#281;!  oznajmi&#322; tryumfalnie Jupiter.  Jedn&#261; z tych gumowych masek o cielistym kolorze, kt&#243;re &#347;ci&#347;le okrywaj&#261; ca&#322;&#261; twarz. Co wi&#281;cej, m&#243;wi&#322; bardzo niewiele. Zapewne obawia&#322; si&#281;, &#380;e rozpoznamy jego g&#322;os.

Ja nie rozpozna&#322;em, a ty, Jupe?

Te&#380; nie. W ka&#380;dym razie o jednym jestem przekonany. Nie chcia&#322; nam wyrz&#261;dzi&#263; wi&#281;kszej krzywdy. W przeciwnym razie nie ograniczy&#322;by si&#281; tylko do uwi&#281;zienia nas.

Tylko do uwi&#281;zienia! To ci nie wystarcza?

M&#243;g&#322; zrobi&#263; co&#347; o wiele gorszego. Znajd&#261; nas tu pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej, gdy odkryj&#261; nasz&#261; nieobecno&#347;&#263;, i on o tym wiedzia&#322;. Jest tu do&#347;&#263; powietrza. Chcia&#322; nas si&#281; tylko pozby&#263; na jaki&#347; czas, mo&#380;e na dzisiejszy wiecz&#243;r. To z kolei oznacza, &#380;e musimy si&#281; pospieszy&#263; i znale&#378;&#263; drog&#281; wyj&#347;cia z tej pu&#322;apki.

Je&#347;li my&#347;lisz, &#380;e jeste&#347;my tu bezpieczni, czy nie lepiej poczeka&#263;, a&#380; nas znajd&#261;?  zapyta&#322; Pete.

Jestem pewien, &#380;e tajemnica musi by&#263; dzisiaj wyja&#347;niona  powiedzia&#322; Jupiter z uporem.  Je&#347;li b&#281;dziemy czekali, mo&#380;e by&#263; za p&#243;&#378;no. Skoro nie mo&#380;emy wyj&#347;&#263; t&#281;dy, kt&#243;r&#281;dy weszli&#347;my, musimy szuka&#263; drogi z innej strony. Chod&#378;my!

Pete szed&#322; za Jupiterem w&#261;skim tunelem, kt&#243;ry zdawa&#322; si&#281; ci&#261;gn&#261;&#263; kilometrami, bez za&#322;ama&#324; i odga&#322;&#281;zie&#324;. W ko&#324;cu stan&#281;li na wprost nowego usypiska kamieni i spojrzeli na siebie z przera&#380;eniem. Tunel by&#322; zablokowany z obu stron!

Co teraz?!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

Nie przypuszcza&#322;em, &#380;e jeste&#347;my tu tak kompletnie zamkni&#281;ci.  Po raz pierwszy na okr&#261;g&#322;ej twarzy Jupitera malowa&#322;o si&#281; zaniepokojenie.  To zupe&#322;nie nie pasuje do mojej koncepcji.

Mo&#380;e El Diablo ma odmienn&#261; koncepcj&#281;  powiedzia&#322; Pete.

Jupiter pochyli&#322; si&#281; i zacz&#261;&#322; drobiazgowo bada&#263; kamienn&#261; blokad&#281;. Podobnie jak inne powsta&#322;a dawno temu. Jupe pochyli&#322; si&#281; jeszcze ni&#380;ej i nagle opanowa&#322;o go podniecenie.

Pete, ten du&#380;y g&#322;az by&#322; niedawno przesuwany!

Pete przykucn&#261;&#322; ko&#322;o niego. Na wprost du&#380;ego g&#322;azu by&#322;y na kamiennej pod&#322;odze &#347;wie&#380;e zadrapania. Co&#347; bardzo ci&#281;&#380;kiego porysowa&#322;o ska&#322;&#281;!

Razem wsparli si&#281; o g&#322;az. Zako&#322;ysa&#322; si&#281; lekko, ale nie ust&#261;pi&#322;. Jupiter wyprostowa&#322; si&#281;.

My&#347;l&#281;, &#380;e nasz przyjaciel u&#380;ywa&#322; tego tunelu, by wchodzi&#263; i wychodzi&#263; z jaskini niezauwa&#380;ony  m&#243;wi&#322; rozgl&#261;daj&#261;c si&#281; dooko&#322;a.  Je&#347;li nie mo&#380;emy ruszy&#263; g&#322;azu we dw&#243;ch, musi by&#263; na to inny spos&#243;b Tutaj! Ten d&#322;ugi dr&#261;g stalowy pod &#347;cian&#261;!

Pete poj&#261;&#322; od razu. D&#378;wignia! Chwyci&#322; dr&#261;g i wetkn&#261;&#322; go mi&#281;dzy &#347;cian&#281; a olbrzymi kamie&#324;. Razem mocno nacisn&#281;li dr&#261;g i kamie&#324; wytoczy&#322; si&#281;.

Przed nimi rozwar&#322; si&#281; ciemny otw&#243;r. Jupiter skierowa&#322; na&#324; snop &#347;wiat&#322;a.

Nast&#281;pna grota  oznajmi&#322;.

Pete rzuci&#322; dr&#261;g i obaj przegramolili si&#281; przez dziur&#281;. Potoczyli wok&#243;&#322; &#347;wiat&#322;em latarek.

O rany!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

Jupiter patrzy&#322; w milczeniu. Stali w olbrzymiej grocie. Na jej &#347;rodku po&#322;yskiwa&#322; du&#380;y, czarny staw.



ROZDZIA&#321; 13. Staw Starucha

Woda by&#322;a ciemna i nieruchoma. Pete prze&#322;kn&#261;&#322; g&#322;o&#347;no &#347;lin&#281;.

Staw, w kt&#243;rym mieszka Staruch  powiedzia&#322; dr&#380;&#261;cym g&#322;osem.

A wi&#281;c jest tu staw  stwierdzi&#322; Jupiter.  Musia&#322; zosta&#263; odci&#281;ty od reszty jaskini dawno temu, ale Indianie wiedzieli o jego istnieniu.

Teraz my te&#380; wiemy. Szczerze m&#243;wi&#261;c, wola&#322;bym, &#380;eby&#347;my nie zrobili tego odkrycia. Znajd&#378;my lepiej wyj&#347;cie st&#261;d, i to szybko!

Istnienie stawu w jaskini wcale nie potwierdza faktu, &#380;e Staruch rzeczywi&#347;cie egzystuje.

Nie oznacza te&#380;, &#380;e nie egzystuje  odpar&#322; Pete.  Mo&#380;e tak&#380;e zosta&#322; dawno temu tu zamkni&#281;ty. Mo&#380;e jest szalony i g&#322;odny i tylko czeka na dw&#243;ch krzepkich ch&#322;opc&#243;w.

Jupiter rozgl&#261;da&#322; si&#281; wok&#243;&#322;. G&#322;&#281;bokie cienie na &#347;cianach wskazywa&#322;y, &#380;e z groty odchodzi wiele tuneli.

Spr&#243;bujmy znale&#378;&#263; drog&#281; na zewn&#261;trz  zdecydowa&#322;.  Zapal &#347;wiec&#281;, zbadamy otwory po kolei.

To w&#322;a&#347;nie chcia&#322;em us&#322;ysze&#263;!

Sprawdzili wej&#347;cia do dwu tuneli, bez rezultatu. Przechodzili w&#322;a&#347;nie do trzeciego, gdy Jupiter stan&#261;&#322; jak wryty.

Pete  szepn&#261;&#322;.

Pete pobieg&#322; wzrokiem za spojrzeniem Jupe'a, ale w pierwszej chwili nie dostrzeg&#322; niczego.

Tam, pod &#347;cian&#261;. To to

Wtem Pete zobaczy&#322;! W ciemnym zak&#261;tku, ko&#322;o otworu prowadz&#261;cego do nast&#281;pnego tunelu, siedzia&#322; ma&#322;y m&#281;&#380;czyzna w czarnym ubraniu, czarnych butach i w czarnym sombrerze na g&#322;owie. Siedzia&#322; oparty o &#347;cian&#281;, z wyci&#261;gni&#281;tymi nogami. W prawej d&#322;oni trzyma&#322; archaiczny pistolet i szczerzy&#322; do ch&#322;opc&#243;w z&#281;by w u&#347;miechu. Ale nie mia&#322; twarzy! To by&#322;a trupia czaszka! Za&#347; d&#322;o&#324; trzymaj&#261;ca pistolet nie by&#322;a d&#322;oni&#261;. Pi&#281;&#263; ko&#347;ci obejmowa&#322;o r&#281;koje&#347;&#263;! Szkielet!

Oooch!  wydoby&#322;o si&#281; ze &#347;ci&#347;ni&#281;tego groz&#261; gard&#322;a Pete'a.

Obaj odwr&#243;cili si&#281; i rzucili do ucieczki. Dopadli tunelu, kt&#243;ry doprowadzi&#322; ich do groty, i usi&#322;owali r&#243;wnocze&#347;nie przecisn&#261;&#263; si&#281; przez otw&#243;r. W rezultacie przewr&#243;cili si&#281; i stoczyli jeden na drugiego.

Dok&#261;d biegniemy, Jupe?  wymamrota&#322; le&#380;&#261;cy na spodzie Pete.

T&#281;dy nie mo&#380;emy wyj&#347;&#263;!

Oczywi&#347;cie. Zabrak&#322;o nam jasno&#347;ci my&#347;lenia.

Ja w og&#243;le nie my&#347;la&#322;em  powiedzia&#322; Pete zdyszanym g&#322;osem.

Mo&#380;e na pocz&#261;tek zejdziesz ze mnie?

Chcia&#322;bym, ale trzymasz mnie za nog&#281;.

Pozbierali si&#281; wreszcie i usiedli na zimnym dnie groty. Byli wci&#261;&#380; roztrz&#281;sieni, siedz&#261;c, powoli odzyskiwali spok&#243;j. Pete zacz&#261;&#322; chichota&#263;.

Ch&#322;opie, ale z nas dzielni detektywi!

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; z powag&#261;.

Ogarn&#281;&#322;a nas panika. Do&#347;&#263; naturalna reakcja w tych okoliczno&#347;ciach. Akumulacja niebezpiecze&#324;stw wywo&#322;a&#322;a napi&#281;cie nerwowe tak silne, &#380;e stracili&#347;my zdolno&#347;&#263; racjonalnej reakcji. Szkielet by&#322; ostatni&#261; pr&#243;b&#261; wytrzyma&#322;o&#347;ci naszych nerw&#243;w. Za&#322;ama&#322;y si&#281; i wprowadzi&#322;y nas w stan panicznego przera&#380;enia.

Pete j&#281;kn&#261;&#322;:

Szkoda, &#380;e nie ma tu Boba, &#380;eby mi przet&#322;umaczy&#322; to, co w&#322;a&#347;nie powiedzia&#322;e&#347;.

Gdyby tu by&#322;, powiedzia&#322;by ci, &#380;e wszystko, co nas spotka&#322;o, tak nas rozstroi&#322;o, &#380;e stracili&#347;my g&#322;owy.

Nie mog&#322;e&#347; tak od razu powiedzie&#263;?

Mog&#322;em, ale nie oddaje to dok&#322;adnie sensu tego, co stara&#322;em ci si&#281; przekaza&#263;. Jednak&#380;e nie tym powinni&#347;my sobie zaprz&#261;ta&#263; g&#322;ow&#281;. Chc&#281; zbada&#263; ten szkielet.

Tego si&#281; obawia&#322;em  Pete powl&#243;k&#322; si&#281; niech&#281;tnie za Jupiterem.

Szkielet zdawa&#322; si&#281; u&#347;miecha&#263; do nich spod czarnego sombrera. Jupiter wyci&#261;gn&#261;&#322; ostro&#380;nie r&#281;k&#281; i uj&#261;&#322; rondo kapelusza. Pod dotkni&#281;ciem kapelusz rozsypa&#322; si&#281; w drobne kawa&#322;ki.

M&#243;j Bo&#380;e  westchn&#261;&#322; Pete i dotkn&#261;&#322; czarnego &#380;akietu. Rozsypa&#322; si&#281; r&#243;wnie&#380; i odpad&#322; ze szkieletu.

Pete cofn&#261;&#322; r&#281;k&#281; i niechc&#261;cy potr&#261;ci&#322; ko&#347;ciste palce trzymaj&#261;ce pistolet. Od&#322;ama&#322;y si&#281;, a pistolet upad&#322; z &#322;oskotem na pod&#322;og&#281;. Pete odskoczy&#322;. Jupiter pochyli&#322; si&#281; ni&#380;ej nad szkieletem.

Jest bardzo stary, Pete  powiedzia&#322;.  Ten staro&#347;wiecki pistolet tak&#380;e. Mo&#380;na powiedzie&#263;, &#380;e to nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci.

Co nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci?

&#379;e to jest szkielet El Diablo, prawdziwego El Diablo!

S&#322;owa Jupitera odbi&#322;y si&#281; echem od wysokiego sklepienia groty i powr&#243;ci&#322;y niczym widmowy g&#322;os przesz&#322;o&#347;ci.

Prawdziwy El Diablo  powt&#243;rzy&#322; Pete.  S&#261;dzisz, &#380;e on tu by&#322; ca&#322;y czas i nikt go nigdy nie znalaz&#322;?

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; potakuj&#261;co.

Sk&#322;onny jestem przypuszcza&#263;, &#380;e umar&#322; zaraz pierwszej nocy, kiedy schroni&#322; si&#281; w jaskini po ucieczce z wi&#281;zienia. Jego rany musia&#322;y by&#263; powa&#380;niejsze ni&#380; przypuszczano. Oczywi&#347;cie w owych czasach ludzie umierali od ran, kt&#243;re dzi&#347; uwa&#380;amy za lekkie. Medycyna zrobi&#322;a ogromne post&#281;py.

Dlaczego s&#261;dzisz, &#380;e umar&#322; pierwszej nocy?  zdziwi&#322; si&#281; Pete.  M&#243;g&#322; przecie&#380; ukrywa&#263; si&#281; tu latami, nim umar&#322;.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie, nie s&#261;dz&#281;. Zauwa&#380;, &#380;e ko&#322;o szkieletu nie ma &#380;adnych &#347;lad&#243;w jedzenia. M&#243;g&#322; pi&#263; wod&#281; ze stawu, cho&#263; przypuszczam, &#380;e jest s&#322;ona. W ka&#380;dym razie, je&#347;li nawet mia&#322; wod&#281;, nie mia&#322; jedzenia. Nie ma &#380;adnych &#347;lad&#243;w. Ani ko&#347;ci, ani suchych nasion, nic.

Mo&#380;e jad&#322; i pi&#322; gdzie indziej  zasugerowa&#322; Pete.

By&#263; mo&#380;e, ale je&#347;li tak, co go zabi&#322;o? Gdyby by&#322; zdr&#243;w i silny, by&#322;yby tu &#347;lady walki i prawdopodobnie jeszcze jeden szkielet lub dwa. Nie m&#243;wi&#261;c ju&#380; o tym, &#380;e gdyby kto&#347; znalaz&#322; El Diablo w tej grocie i zabi&#322; go, wykaza&#322;yby to historyczne dokumenty.

Tak, my&#347;l&#281;, &#380;e masz racj&#281;  przyzna&#322; Pete.

Co wi&#281;cej, zwr&#243;&#263; uwag&#281; na pozycj&#281; szkieletu. On umar&#322; oparty o mur. Siedzia&#322; tu i czeka&#322; na pojawienie si&#281; wroga, ale nie s&#261;dz&#281;, by to kiedykolwiek nast&#261;pi&#322;o. Mo&#380;na zreszt&#261; sprawdzi&#263; pistolet.

Pete podni&#243;s&#322; bro&#324; i otworzy&#322; komor&#281; nabojow&#261;.

Jest na&#322;adowany, Jupe. Ani jeden nab&#243;j nie zosta&#322; wystrzelony.

Tak, jak my&#347;la&#322;em  powiedzia&#322; Jupiter z zadowoleniem  nikt nigdy nie odkry&#322; miejsca, w kt&#243;rym si&#281; ukry&#322; i umar&#322; samotnie od odniesionych ran. Tak zreszt&#261; stwierdzaj&#261; dokumenty.

By&#322;oby lepiej dla niego, gdyby nie ukry&#322; si&#281; tak dobrze  zauwa&#380;y&#322; Pete.  Gdyby go znaleziono, zaj&#281;to by si&#281; nim, opatrzono mu rany.

Prawdopodobnie, ale nie zapominaj, &#380;e zosta&#322; skazany na powieszenie. Przypuszczam, &#380;e wola&#322; umrze&#263; tu, w swojej jaskini. Mo&#380;e my&#347;la&#322; tak&#380;e, &#380;e je&#347;li nigdy nie zostanie odnaleziony, legenda o nim wzro&#347;nie i pomo&#380;e to jego ludziom.

I rzeczywi&#347;cie wzros&#322;a  powiedzia&#322; Pete.

Tak bardzo, &#380;e teraz kto&#347; stara si&#281; j&#261; wykorzysta&#263; i wystraszy&#263; nas, jak i ka&#380;dego kto wejdzie do jaskini. Pozostaje pytanie: dlaczego?

Mo&#380;e kto&#347; chce, &#380;eby Daltonowie stracili swoje ranczo  zastanawia&#322; si&#281; Pete.

To mo&#380;liwe, ale w&#261;tpi&#281;, &#380;eby o to chodzi&#322;o. My&#347;l&#281;, &#380;e raczej kto&#347; stara si&#281; odstraszy&#263; ludzi od jaskini. Pami&#281;taj, &#380;e Daltonowie kupili ranczo dawno temu, a dopiero przed miesi&#261;cem zacz&#281;&#322;y si&#281; wszystkie k&#322;opoty, j&#281;ki i wypadki.

Ale, Jupe, je&#347;li kto&#347; stara si&#281; przestraszy&#263; ludzi podszywaj&#261;c si&#281; pod El Diablo, jak to si&#281; sta&#322;o, &#380;e nie pokaza&#322; si&#281; nikomu opr&#243;cz nas? Dlaczego nie pojawi&#322; si&#281;, kiedy pan Dalton z szeryfem przeszukiwali jaskini&#281;?

Jeszcze tego nie wiem  przyzna&#322; Jupiter.  Z drugiej strony jednak, j&#281;ki zawsze ustawa&#322;y w momencie, gdy kto&#347; wchodzi&#322; do jaskini. Dopiero dzi&#347;, kiedy uda&#322;o nam si&#281; dosta&#263; do &#347;rodka niepostrze&#380;enie, j&#281;k rozbrzmiewa&#322; nadal i ukaza&#322; si&#281; fa&#322;szywy El Diablo. Co prowadzi mnie do wniosku, &#380;e widzieli&#347;my dzi&#347; El Diablo, poniewa&#380; j&#281;k nie usta&#322;.

To wszystko nie ma sensu  powiedzia&#322; Pete.  Jak my&#347;lisz, dlaczego kto&#347; dzia&#322;a tak dziwnie?

Nie wiem  wyzna&#322; Jupiter niech&#281;tnie.  Ale wiem jedno, wyja&#347;nienie tajemnicy J&#281;cz&#261;cej Doliny jest zwi&#261;zane nie tylko z naturalnymi czynnikami wywo&#322;uj&#261;cymi j&#281;cz&#261;cy d&#378;wi&#281;k. Si&#281;ga gdzie&#347; g&#322;&#281;biej. Musimy si&#281; dowiedzie&#263;, co oznacza&#322;y odg&#322;osy kopania, kt&#243;re s&#322;yszeli&#347;my przedtem.

Ojej, zapomnia&#322;em o tym zupe&#322;nie. Mo&#380;e w jaskini jest jednak kopalnia diament&#243;w, jak my&#347;lisz, Jupe?

Zesz&#322;ego wieczoru znalaz&#322;em diament. Dzi&#347; s&#322;yszeli&#347;my, &#380;e kto&#347; kopie. Logika wskazuje, &#380;e mo&#380;e tu chodzi&#263; o kopalni&#281; diament&#243;w, kt&#243;r&#261; kto&#347; stara si&#281; zatai&#263;.

Mo&#380;e powinni&#347;my powiedzie&#263; panu Daltonowi o wszystkim, co dot&#261;d odkryli&#347;my  Pete poczu&#322; zaniepokojenie.

Jupiter zmarszczy&#322; si&#281;. Niech&#281;tnie przyznawa&#322;, &#380;e Trzej Detektywi nie mog&#261; sobie poradzi&#263; sami w jakiej&#347; sytuacji. Wiedzia&#322; jednak, &#380;e bywaj&#261; wypadki, kiedy zadanie przerasta mo&#380;liwo&#347;ci trzech ch&#322;opc&#243;w.

By&#263; mo&#380;e masz racj&#281;  powiedzia&#322; niech&#281;tnie.  We&#378; pistolet El Diablo i postarajmy si&#281; znale&#378;&#263; drog&#281; wyj&#347;cia z jaskini.

Pete zapali&#322; &#347;wiec&#281; i ch&#322;opcy zabrali si&#281; do sprawdzania tuneli.

Raptem powierzchnia stawu, dot&#261;d ciemna i nieruchoma, zacz&#281;&#322;a lekko falowa&#263;. Potem nast&#261;pi&#322; plusk i odg&#322;os g&#322;o&#347;nego oddechu. Ch&#322;opcy stali jak skamieniali z latarkami skierowanymi na staw.

Mroczne lustro wody p&#281;k&#322;o i wy&#322;oni&#322; si&#281; ze&#324; czarny, l&#347;ni&#261;cy kszta&#322;t. Woda kapa&#322;a z jego po&#322;yskliwej sk&#243;ry, mieni&#261;c si&#281; w &#347;wietle latarek. Jupiter i Pete patrzyli ze zgroz&#261; na wychodz&#261;ce ze stawu, czarne, l&#347;ni&#261;ce stworzenie.



ROZDZIA&#321; 14. Czarne, l&#347;ni&#261;ce stworzenie

Co tu robicie, ch&#322;opcy?  zapyta&#322;o stworzenie.

Nagle zdali sobie spraw&#281; z tego, co widz&#261; przed sob&#261;. By&#322; to cz&#322;owiek w czarnym gumowym ubraniu nurka. Na stopach mia&#322; p&#322;etwy, ni&#243;s&#322; podw&#243;jny zbiornik tlenowy, pomalowany na czarno, g&#322;ow&#281; i twarz skrywa&#322;a gumowa maska.

Co&#347; takiego!  wykrzykn&#261;&#322; z ulg&#261; Pete.

Jupiter wzi&#261;&#322; si&#281; b&#322;yskawicznie w gar&#347;&#263;. Wyprostowa&#322; si&#281; na ca&#322;&#261; sw&#261; wysoko&#347;&#263; i przybra&#322; wyraz, kt&#243;ry nadawa&#322; jego okr&#261;g&#322;ej buzi bardziej doros&#322;y wygl&#261;d. By&#322; to jego stary trik, kt&#243;ry stosowa&#322;, gdy czeka&#322;a go trudna rozmowa z doros&#322;ymi.

Co pan tu robi?  zapyta&#322; g&#322;&#281;bokim g&#322;osem.  Jeste&#347;my tu za zgod&#261; w&#322;a&#347;cicieli tego rancza. Pan najwyra&#378;niej wszed&#322; ukrytym wej&#347;ciem, kt&#243;re prowadzi z morza. Pan narusza cudze prawa. Pan jest intruzem.

Nurek &#347;ci&#261;gn&#261;&#322; gumowe okrycie g&#322;owy. Odpi&#261;&#322; zbiorniki tlenowe i od&#322;o&#380;y&#322; je na bok. By&#322; przystojnym blondynem i u&#347;miecha&#322; si&#281; szeroko do Jupitera.

No, synu, m&#243;wisz niemal tak dostojnie i gro&#378;nie jak admira&#322;  powiedzia&#322;.  Nie kwestionuj&#281; waszego prawa do przebywania tu. Dziwi&#281; si&#281; tylko, co dwaj ch&#322;opcy robi&#261; w Jaskini El Diablo o tak p&#243;&#378;nej porze.

Admira&#322;?  Jupiter zastanawia&#322; si&#281; przez chwil&#281;.  Oczywi&#347;cie! Pan jest p&#322;etwonurkiem marynarki wojennej, prawda? Macie tu manewry ko&#322;o wysp.

Nurek spowa&#380;nia&#322;.

Tak, zgadza si&#281;. Jeste&#347;my tu w &#347;ci&#347;le tajnej misji treningowej. Musicie mi przysi&#261;c, ch&#322;opcy, absolutn&#261; dyskrecj&#281;. Czy widzieli&#347;cie przypadkiem w morzu co&#347;, co wydawa&#322;o wam si&#281; niezwyk&#322;e?

Nie  odpowiedzia&#322; Pete.

Absolutnie nic  zapewni&#322; Jupiter. Nagle strzeli&#322; palcami, przypominaj&#261;c sobie co&#347;.  Z wyj&#261;tkiem tego kszta&#322;tu.

Jakiego kszta&#322;tu?  zapyta&#322; nurek.

Teraz i Pete sobie przypomnia&#322;.

D&#322;uga, ciemna rzecz, kt&#243;ra przep&#322;yn&#281;&#322;a obok nas w oceanie.

To by&#322;a &#322;&#243;d&#378; podwodna, Pete!  wykrzykn&#261;&#322; Jupiter z o&#380;ywieniem.  Ma&#322;a &#322;&#243;d&#378; podwodna. Dlatego to by&#322;o takie sztywne i posuwa&#322;o si&#281; tak r&#243;wno. Ale dlaczego nie s&#322;yszeli&#347;my maszyn? D&#378;wi&#281;k niesie si&#281; bardzo daleko pod wod&#261;.

Twarz p&#322;etwonurka zas&#281;pi&#322;a si&#281;.

Sprawa jest bardzo powa&#380;na, ch&#322;opcy. &#321;&#243;d&#378; podwodna, kt&#243;r&#261; widzieli&#347;cie, jest &#347;ci&#347;le tajna. Zw&#322;aszcza technik&#281; wyciszania maszyn chroni si&#281; tajemnic&#261; wojskow&#261;. Obawiam si&#281;, &#380;e musz&#281; was zatrzyma&#263;.

Zatrzyma&#263;?  j&#281;kn&#261;&#322; Pete.

&#321;&#243;d&#378; podwodna, kt&#243;ra porusza si&#281; tak cicho, &#380;e nie mo&#380;e by&#263; wykryta echosond&#261;, ma niezwyk&#322;e znaczenie, Pete  powiedzia&#322; Jupiter z powag&#261;.  Jednak&#380;e mo&#380;emy udowodni&#263;, &#380;e nie ma potrzeby nas zatrzymywa&#263;, panie

Kapitan Grane. Paul Crane  przedstawi&#322; si&#281; przybysz.  Przykro mi, ale jestem zmuszony zatrzyma&#263; was do chwili, kiedy admira&#322; b&#281;dzie m&#243;g&#322; was przes&#322;ucha&#263;.

Jupiter skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261; ze zrozumieniem. Stara&#322; si&#281; wygl&#261;da&#263; godnie, co nie jest &#322;atwe, kiedy si&#281; ma na sobie tylko k&#261;piel&#243;wki i pas przeznaczony dla nurk&#243;w.

Jestem Jupiter Jones, a to jest Pete Crenshaw  powiedzia&#322; si&#281;gaj&#261;c do jednego z wodoszczelnych pojemnik&#243;w przyczepionych do pasa.  Ufam, &#380;e ten dokument za&#347;wiadczy o naszej odpowiedzialno&#347;ci.

Wr&#281;czy&#322; kapitanowi jedn&#261; z ich kart wizytowych i specjalne za&#347;wiadczenie wystawione przez Reynoldsa, komendanta policji w Rocky Beach. Crane przeczyta&#322; uwa&#380;nie karty.

Tak si&#281; sk&#322;ada, &#380;e pracujemy teraz nad pewnym wa&#380;nym przypadkiem  m&#243;wi&#322; dalej Jupiter.  To pow&#243;d, dla kt&#243;rego znale&#378;li&#347;my si&#281; w tej jaskini. Jestem pewien, panie kapitanie, &#380;e admira&#322; wyrazi&#322;by zgod&#281; na pana wsp&#243;&#322;prac&#281; z nami.

Paul Crane spojrza&#322; na Jupitera i zawaha&#322; si&#281;. Pierwszy Detektyw potrafi&#322; zaimponowa&#263;, gdy zachowywa&#322; si&#281; tak powa&#380;nie i profesjonalnie.

S&#261;dz&#281;, &#380;e na podstawie tych dokument&#243;w mo&#380;na wam zaufa&#263;  powiedzia&#322; w ko&#324;cu.

Mo&#380;e zechce pan skomunikowa&#263; si&#281; ze swym okr&#281;tem  zasugerowa&#322; Jupiter.  Za&#322;oga mog&#322;aby skonsultowa&#263; si&#281; natychmiast z komendantem Reynoldsem w Rocky Beach. Jestem pewien, &#380;e por&#281;czy za nas.

Co ty m&#243;wisz, Jupe  wtr&#261;ci&#322; Pete.  Jak kapitan mo&#380;e st&#261;d rozmawia&#263; z okr&#281;tem?

Dobry p&#322;etwonurek jest zawsze w kontakcie ze swoim statkiem  o&#347;wiadczy&#322; Jupiter.  S&#261;dz&#281;, &#380;e kapitan jest wyposa&#380;ony w co&#347; w rodzaju radia.

Kapitan Crane u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Widz&#281;, &#380;e jeste&#347; bardzo bystrym ch&#322;opcem. Zgoda, siadajcie tu i nie ruszajcie si&#281;.

Jupiter i Pete uczynili, co im kazano, a kapitan odszed&#322; w odleg&#322;y k&#261;t groty. Mija&#322;y minuty. Ch&#322;opcy z trudem mogli w mroku dostrzec przykucni&#281;tego p&#322;etwonurka. By&#322; pochylony nad jakim&#347; ma&#322;ym aparatem. Jupiter obserwowa&#322; go z ciekawo&#347;ci&#261;, ale nie bardzo m&#243;g&#322; doj&#347;&#263;, co w&#322;a&#347;ciwie m&#281;&#380;czyzna robi.

W ko&#324;cu Crane wyprostowa&#322; si&#281;. Schowa&#322; aparat do kieszeni i podszed&#322; do ch&#322;opc&#243;w. U&#347;miecha&#322; si&#281;.

Nasza s&#322;u&#380;ba bezpiecze&#324;stwa sprawdzi&#322;a was. Nie musz&#281; was zatrzymywa&#263;.

O rany, szybko dzia&#322;acie!  wykrzykn&#261;&#322; z uznaniem Pete.

To konieczno&#347;&#263;. Admira&#322; ma wysokie priorytety  u&#347;miecha&#322; si&#281; kapitan.

Teraz, skoro nie ma pan do nas zastrze&#380;e&#324;, czy mog&#281; zada&#263; panu kilka pyta&#324;, panie kapitanie?  zapyta&#322; Jupiter.

Crane potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;, u&#347;miechaj&#261;c si&#281;.

Obawiam si&#281;, &#380;e to niemo&#380;liwe. Moja praca jest r&#243;wnie&#380; &#347;ci&#347;le tajna.

To nie dotyczy pa&#324;skiej pracy  zapewni&#322; go Jupiter.  Mam pytania w zwi&#261;zku z jaskini&#261;. Po pierwsze, czy to pana widzia&#322; Pete wczoraj w grocie, w pobli&#380;u wyj&#347;cia?

By&#322; to prawdopodobnie jeden z moich ludzi. Zameldowa&#322;, &#380;e widziano go przez moment.

To mi poprawia samopoczucie  powiedzia&#322; Pete.  Chocia&#380; jedna tajemnica tej jaskini si&#281; wyja&#347;ni&#322;a.

Po drugie  kontynuowa&#322; Jupiter  czy pan, lub kto&#347; z pa&#324;skich ludzi, dokona&#322; jakich&#347; zmian w jaskini? W tunelach i wej&#347;ciach do nich?

Nie, mog&#281; ci&#281; o tym zapewni&#263;.

Po trzecie, czy to, co pan tu robi, mo&#380;e wywo&#322;a&#263; te zawodz&#261;ce j&#281;ki?

Absolutnie nie. Nas te&#380; one zainteresowa&#322;y. Byli&#347;my w jaskini tylko kilka razy i w og&#243;le nied&#322;ugo przebywamy w tym rejonie. S&#261;dzili&#347;my, &#380;e jaskinia zawsze tak zawodzi&#322;a.

Wasza praca wymaga absolutnej dyskrecji, prawda? Staracie si&#281; wi&#281;c, by nikt was nie widzia&#322;?

Oczywi&#347;cie  kapitan u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.  Jestem pewien, &#380;e nikt nas nie widzia&#322; poza wami, ch&#322;opcy. Wi&#281;kszo&#347;&#263; naszych zaj&#281;&#263; ogranicza si&#281; do cz&#281;&#347;ci jaskini od strony oceanu, w&#322;&#261;czaj&#261;c w to ten staw.

Czy widzia&#322; pan kogo&#347; poza nami w jaskini?

Nie. Oczywi&#347;cie nie ma tu wroga, ale jest istotne dla naszej misji, by unikn&#261;&#263; kontakt&#243;w z postronnymi osobami.

Tak, rozumiem  powiedzia&#322; Jupiter z nut&#261; rozczarowania.

Przykro mi, ch&#322;opcy, niewiele mog&#281; wam pom&#243;c. Czy znajdziecie drog&#281; do wyj&#347;cia z jaskini?

W&#322;a&#347;nie starali&#347;my si&#281; j&#261; znale&#378;&#263;, kiedy nap&#281;dzi&#322; nam pan strachu swoim pojawieniem si&#281;  wypali&#322; Pete.

Wobec tego wska&#380;&#281; wam w&#322;a&#347;ciwy kierunek. Pami&#281;tajcie, ani s&#322;owa o naszym spotkaniu, ani o tym, co widzieli&#347;cie w zwi&#261;zku z nasz&#261; operacj&#261;.

Tak, prosz&#281; pana, przyrzekamy!  powiedzia&#322; Pete.

Oczywi&#347;cie, panie kapitanie  zawt&#243;rowa&#322; mu Jupiter.

Dobrze, chod&#378;cie wi&#281;c za mn&#261;.

Poprowadzi&#322; ch&#322;opc&#243;w przez jeden z tuneli, nast&#281;pnie przez szereg grot i pasa&#380;y, a&#380; znale&#378;li si&#281; w grocie, w kt&#243;rej Pete po raz pierwszy zobaczy&#322; czarne, l&#347;ni&#261;ce stworzenie.

Dobra, ch&#322;opcy  powiedzia&#322; kapitan Crane.  Jestem pewien, &#380;e poradzicie sobie dalej. Musz&#281; wraca&#263; do swoich zaj&#281;&#263;.

Dzi&#281;kujemy panu!  powiedzieli razem.

Nurek u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Powodzenia w waszej pracy!

Znikn&#261;&#322; w w&#261;skim otworze pasa&#380;u, kt&#243;rym przyszli. Pete ruszy&#322; w stron&#281; tunelu, kt&#243;ry, jak pami&#281;ta&#322;, prowadzi&#322; do wyj&#347;cia na J&#281;cz&#261;c&#261; Dolin&#281;.

Jupiter nie przy&#322;&#261;czy&#322; si&#281; do niego. Pete obejrza&#322; si&#281;. Jupe sta&#322; z utkwionym w przestrze&#324; pustym spojrzeniem. Pete wiedzia&#322; a&#380; nadto dobrze, co to oznacza.

Och, nie  j&#281;kn&#261;&#322;.  Nie powiesz mi tego, Jupe!

Jestem bardziej ni&#380; kiedykolwiek pewien, &#380;e musimy dzi&#347; rozwi&#261;za&#263; tajemnic&#281;. Cz&#322;owiek w przebraniu El Diablo wiedzia&#322;, &#380;e pr&#281;dzej czy p&#243;&#378;niej znajdziemy wyj&#347;cie z zamkni&#281;cia. Oznacza to, &#380;e nie obchodzi&#322;o go, co i ile wiemy. Chcia&#322; nas tylko usun&#261;&#263; ze swojej drogi na par&#281; godzin.

Nie mam najmniejszej ochoty wchodzi&#263; mu w og&#243;le w drog&#281;, ale co&#347; mi m&#243;wi, &#380;e b&#281;d&#281; musia&#322;  powiedzia&#322; Pete gorzko.

To jest prawdziwa okazja, Pete. Ten, kto stara si&#281; odstraszy&#263; ludzi od jaskini, s&#261;dzi, &#380;e si&#281; nas pozby&#322;. Nigdy nie b&#281;dziemy mieli lepszej sposobno&#347;ci, &#380;eby znale&#378;&#263; miejsce, w kt&#243;rym kopi&#261; i odkry&#263;, co sprawia, &#380;e jaskinia j&#281;czy.

Chyba masz racj&#281;  zgodzi&#322; si&#281; Pete niech&#281;tnie.  Tylko mo&#380;e lepiej p&#243;j&#347;&#263; najpierw po pana Daltona i jego ludzi.

Je&#347;li tylko wyjdziemy z jaskini, zobacz&#261; nas. Poza tym nie ma na to czasu. Musimy dzia&#322;a&#263; szybko, aby wykorzysta&#263; nasz&#261; przewag&#281;.

Te&#380; mi przewaga  mrukn&#261;&#322; Pete.  Trudno, niech ci b&#281;dzie. Od czego zaczynamy? Byli&#347;my tu ju&#380; i nie bardzo wiedzieli&#347;my, co robi&#263; dalej.

Tym razem mamy wi&#281;cej informacji. Wiemy, na przyk&#322;ad, &#380;e kopanie jest zwi&#261;zane z j&#281;kami  powiedzia&#322; z przekonaniem Jupiter.

Jak ty&#347; do tego doszed&#322;?  zdziwi&#322; si&#281; Pete.

Poniewa&#380; ani szeryf, ani Daltonowie, ani gazety nie wspomnieli o kopaniu. Kto&#347; robi to w sekrecie. Drog&#261; dedukcji wyci&#261;gam wniosek, &#380;e kopanie i j&#281;ki s&#261; ze sob&#261; zwi&#261;zane, poniewa&#380; oba te tajemnicze zjawiska wyst&#281;puj&#261;, gdy nikogo nie ma w jaskini.

Ale  Pete zdawa&#322; si&#281; nie bardzo rozumie&#263;.

Pete, pos&#322;uchaj. Weszli&#347;my do jaskini niezauwa&#380;eni. J&#281;k nie usta&#322; i us&#322;yszeli&#347;my odg&#322;os kopania. Jedno musi by&#263; zwi&#261;zane z drugim.

Pete skin&#261;&#322; powoli g&#322;ow&#261;.

Rozumiem. Dobra, od czego zaczynamy?

Mo&#380;esz teraz wykorzysta&#263; sw&#243;j nadzwyczajny zmys&#322; orientacyjny i znale&#378;&#263; drog&#281; do tunelu, w kt&#243;rym us&#322;yszeli&#347;my odg&#322;os kopania.

Pete zmru&#380;y&#322; oczy. Przeszed&#322; w my&#347;lach ca&#322;&#261; ich drog&#281; od miejsca, w kt&#243;rym spotkali fa&#322;szywego El Diablo. W ko&#324;cu powiedzia&#322;:

Wydaje mi si&#281;, &#380;e powinni&#347;my i&#347;&#263; tunelem, kt&#243;ry prowadzi na p&#243;&#322;nocny zach&#243;d.

Jupiter spojrza&#322; na kompas.

T&#281;dy!

Zgadza si&#281;  potwierdzi&#322; Pete.  Chod&#378;, sprawdzimy ten tunel.

Byli obaj tak podnieceni mo&#380;liwo&#347;ci&#261; rych&#322;ego rozwi&#261;zania tajemnicy, &#380;e zapomnieli o ewentualnych niebezpiecze&#324;stwach. Zapalili &#347;wiec&#281; i zbli&#380;yli si&#281; do otworu w p&#243;&#322;nocno-zachodniej &#347;cianie. Jakby na powitanie rozleg&#322;o si&#281; przeci&#261;g&#322;e:

Aaaaa-uuuu-uuu-uu!

J&#281;k  szepn&#261;&#322; Pete.

S&#322;ycha&#263; go by&#322;o przez ca&#322;y czas, Pete. Po prostu przywykli&#347;my do niego.

Wydaje si&#281; teraz bli&#380;szy.

Poniewa&#380; dochodzi z tego tunelu!  Jupiter wyci&#261;gn&#261;&#322; r&#281;k&#281;, w kt&#243;rej trzyma&#322; &#347;wiec&#281;. Silny pr&#261;d powietrza dobiegaj&#261;cy z tunelu zdmuchn&#261;&#322; p&#322;omie&#324; i r&#243;wnocze&#347;nie rozleg&#322;o si&#281; g&#322;o&#347;ne:

Aaaaa-uuuuu-uuuu-uu!

Skoczyli w g&#322;&#261;b tunelu. Po kilkunastu metrach otworzy&#322; si&#281; na ma&#322;&#261; grot&#281;.

Wiem, gdzie jeste&#347;my  powiedzia&#322; Pete przyciszonym g&#322;osem.

Os&#322;o&#324; &#347;wiat&#322;o latarki  szepn&#261;&#322; Jupiter.

Okryli d&#322;o&#324;mi &#347;wiat&#322;o latarek, tak &#380;e tylko lekka po&#347;wiata wskazywa&#322;a im drog&#281;. Pete prowadzi&#322;. Wszed&#322; do tego samego tunelu, z kt&#243;rego zawr&#243;ci&#322; ich wcze&#347;niej rzekomy El Diablo. W miar&#281;, jak posuwali si&#281; do przodu, j&#281;k by&#322; coraz g&#322;o&#347;niejszy:

Aaaaa-uuuuu-uuuu-uu!

Gdy zbli&#380;yli si&#281; do poprzecznego tunelu, rozleg&#322; si&#281; odg&#322;os kopania.

O rany  szepn&#261;&#322; Pete  chyba rzeczywi&#347;cie kto&#347; kopie.

Pewnie, &#380;e kopie. Chod&#378;.

Skr&#281;cili w tunel o wygl&#261;dzie szybu kopalnianego. Poruszali si&#281; ostro&#380;nie, jak mogli najciszej. Szyb by&#322; d&#322;ugi i prosty. W oddali dostrzegli &#322;un&#281; &#347;wiat&#322;a. Jupiter gestem da&#322; znak Pete'owi, by zwolni&#322;.

&#377;r&#243;d&#322;o &#347;wiat&#322;a znajdowa&#322;o si&#281; w otworze w bocznej &#347;cianie szybu. Du&#380;a sterta wi&#281;kszych i mniejszych kamieni le&#380;a&#322;a wok&#243;&#322; otworu. Odg&#322;os kopania by&#322; coraz wyra&#378;niejszy.

Ch&#322;opcy przycupn&#281;li za zwa&#322;owiskiem kamieni i ostro&#380;nie zajrzeli do otworu. Ostre &#347;wiat&#322;o zmusi&#322;o ich do zmru&#380;enia oczu. W tym samym momencie rozleg&#322; si&#281; znowu j&#281;k, tak g&#322;o&#347;ny, &#380;e odruchowo zatkali uszy. Rozni&#243;s&#322; si&#281; echem wok&#243;&#322; nich i powoli zamar&#322; w oddali.

O rany  szepn&#261;&#322; Pete  a&#380; mnie uszy rozbola&#322;y.

Patrz!  sykn&#261;&#322; Jupiter, &#322;api&#261;c Pete'a za rami&#281;.

Ich wzrok przystosowa&#322; si&#281; ju&#380; do jasnego &#347;wiat&#322;a. W niewielkiej odleg&#322;o&#347;ci zobaczyli pochylon&#261; sylwetk&#281; z szufl&#261; w r&#281;ce. Pete wstrzyma&#322; oddech.

Cz&#322;owiek wyprostowa&#322; si&#281; nagle, odrzuci&#322; szufl&#281; i uj&#261;&#322; kilof. Przez moment jego twarz by&#322;a widoczna w &#347;wietle latarni, a tak&#380;e bia&#322;e w&#322;osy i d&#322;uga, siwa broda  stary Ben Jackson.



ROZDZIA&#321; 15. Cz&#281;&#347;&#263; tajemnicy zostaje rozwi&#261;zana

Przez otw&#243;r w &#347;cianie Pete i Jupiter obserwowali starego Bena pracuj&#261;cego w ukrytej grocie. Regularnie co kilka minut j&#281;k uderza&#322; w ich uszy, ale Ben zdawa&#322; si&#281; by&#263; na&#324; zupe&#322;nie oboj&#281;tny. Nie przestawa&#322; wali&#263; kilofem w stert&#281; g&#322;az&#243;w i ziemi.

Popatrz  szepn&#261;&#322; Jupiter  to wygl&#261;da jak usypisko skalne.

I to du&#380;e  odszepn&#261;&#322; Pete.

Zauwa&#380;, &#380;e kraw&#281;dzie ska&#322; s&#261; ostre i czyste. To musia&#322;o powsta&#263; bardzo niedawno.

Ben pracowa&#322; uporczywie, nie&#347;wiadom wpatrzonych w niego oczu. Bra&#322; zamach kilofem z wigorem i zdumiewaj&#261;c&#261; jak na jego wiek si&#322;&#261;. Po pewnym czasie od&#322;o&#380;y&#322; kilof i znowu uj&#261;&#322; szufl&#281;.

Jupe, widzia&#322;e&#347; jego oczy?  sykn&#261;&#322; Pete.

Oczy starego poszukiwacza b&#322;yszcza&#322;y w &#347;wietle latarni. By&#322;a w nich jaka&#347; dzika zapami&#281;ta&#322;o&#347;&#263;, podobnie jak poprzedniego wieczoru, gdy ostrzeg&#322; ich przed Staruchem.

Gor&#261;czka z&#322;ota  powiedzia&#322; cicho Jupiter  a raczej w tym wypadku, diament&#243;w. Czyta&#322;em, &#380;e poszukiwacze popadaj&#261; w rodzaj op&#281;tania, kiedy my&#347;l&#261;, &#380;e natrafili na drogocenn&#261; &#380;y&#322;&#281;. Mog&#261; by&#263; niebezpieczni, gdy co&#347; lub kto&#347; chce im przeszkodzi&#263; lub ich powstrzyma&#263;.

M&#243;j Bo&#380;e  westchn&#261;&#322; Pete.

Stary Ben kopa&#322; teraz w stercie kamieni obluzowanych kilofem. Nabiera&#322; kamienie na szufl&#281; i rzuca&#322; je na uko&#347;nie ustawione sito. Co pewien czas pochyla&#322; si&#281; i podnosi&#322; co&#347; z py&#322;u. Ogl&#261;da&#322; podniesiony przedmiot, &#347;mia&#322; si&#281; jak szalony i wk&#322;ada&#322; go do sk&#243;rzanego woreczka, le&#380;&#261;cego ko&#322;o latarni.

Czy to s&#261; diamenty?  zapyta&#322; Pete szeptem.

Przypuszczam  odpowiedzia&#322; cicho Jupiter.

Ben by&#322; tak zaabsorbowany swoim zaj&#281;ciem, &#380;e prawdopodobnie nie zwr&#243;ci&#322;by uwagi, nawet gdyby rozmawiali g&#322;o&#347;no. Woleli jednak nie ryzykowa&#263;.

Znalaz&#322; wi&#281;c kopalni&#281; diament&#243;w  powiedzia&#322; Pete.

Jupiter zmarszczy&#322; czo&#322;o w zamy&#347;leniu.

Na to wygl&#261;da, Pete, tylko

C&#243;&#380; to mo&#380;e by&#263; innego? Nadzia&#322; si&#281; na &#380;y&#322;&#281; diament&#243;w i wie, &#380;e znajduje si&#281; ona na terenie Rancza Krzywe Y. Gdyby si&#281; kto&#347; o tym dowiedzia&#322;, musia&#322;by si&#281; co najmniej dzieli&#263; z Daltonami, no nie? Prawdopodobnie prawnie wszystko nale&#380;y do Dalton&#243;w. Kopie wi&#281;c po nocach i odstrasza wszystkich od jaskini.

Jupiter skin&#261;&#322; powoli g&#322;ow&#261;.

S&#322;usznie. To by wyja&#347;ni&#322;o wszystko z wyj&#261;tkiem

Dlaczego jaskinia j&#281;czy i dlaczego przestaje, kiedy kto&#347; do niej wchodzi?  wtr&#261;ci&#322; Pete.

Nie to mia&#322;em na my&#347;li  odpar&#322; Jupiter.  Ale wydaje mi si&#281;, &#380;e mog&#281; wyja&#347;ni&#263;, dlaczego j&#281;ki ustaj&#261;. Widzisz, szeryf i pan Dalton na pewno znale&#378;li ten szyb. Nie znale&#378;li tylko miejsca, w kt&#243;rym pracuje Ben.

Pete otworzy&#322; usta, by zada&#263; pytanie, i w&#322;a&#347;nie rozleg&#322;o si&#281; g&#322;o&#347;ne dzwonienie.

Stary Ben rzuci&#322; szufl&#281; i z zadziwiaj&#261;c&#261; szybko&#347;ci&#261; pobieg&#322; do ma&#322;ej skrzynki stoj&#261;cej ko&#322;o latarni. Dotkn&#261;&#322; w niej czego&#347; i dzwonek zamilk&#322;. Podni&#243;s&#322; latarni&#281; i woreczek sk&#243;rzany i skierowa&#322; si&#281; wprost do dziury w &#347;cianie, za kt&#243;r&#261; przykucn&#281;li Pete i Jupiter.

Szybko, Pete!  szepn&#261;&#322; Jupiter nagl&#261;co.

Ch&#322;opcy wycofali si&#281; za stert&#281; kamieni. Zaledwie zdo&#322;ali si&#281; za ni&#261; ukry&#263;, Ben wszed&#322; do szybu. Od&#322;o&#380;y&#322; na bok latarni&#281; i woreczek i uj&#261;&#322; le&#380;&#261;c&#261; tu d&#322;ug&#261; stalow&#261; sztab&#281;, kt&#243;rej ch&#322;opcy przedtem nie zauwa&#380;yli.

W tym momencie rozleg&#322;o si&#281;:

Aaaaa-uuu-uu!

Tym razem j&#281;k urwa&#322; si&#281; szybciej. Stary Ben, pos&#322;uguj&#261;c si&#281; sztab&#261; jak d&#378;wigni&#261;, wtoczy&#322; do otworu w &#347;cianie wielki okr&#261;g&#322;y g&#322;az. Nie by&#322;o teraz &#347;ladu po otworze.

Ju&#380; wiem, co mia&#322;e&#347; na my&#347;li  szepn&#261;&#322; Pete.  Nikt by si&#281; nie domy&#347;li&#322;, &#380;e w tej &#347;cianie jest dziura.

Okr&#261;g&#322;y g&#322;az wpasowa&#322; si&#281; idealnie w wy&#322;om, jakby zawsze tam tkwi&#322;.

Zablokowanie otworu natychmiast zatrzymuje j&#281;k  szepn&#261;&#322; Jupiter.  Dzwonek musi by&#263; sygna&#322;em od osoby obserwuj&#261;cej z wierzcho&#322;ka g&#243;ry. Pewnie kto&#347; wszed&#322; do jaskini.

Mo&#380;e Bob ba&#322; si&#281; o nas i poszed&#322; po pomoc  szepn&#261;&#322; Pete z nadziej&#261;.

Stary Ben drepta&#322; tam i z powrotem po szybie, mrucz&#261;c co&#347; do siebie.

Nawet nie spojrza&#322; w stron&#281; sterty kamieni, za kt&#243;r&#261; ukryli si&#281; ch&#322;opcy. Nagle zgasi&#322; latarni&#281;. Przez moment panowa&#322;a zupe&#322;na cisza, po czym zn&#243;w da&#322;o si&#281; s&#322;ysze&#263; st&#261;panie i pomruki. Siedzieli przykucni&#281;ci w kryj&#243;wce, czekaj&#261;c w napi&#281;ciu.

Pete stara&#322; si&#281; uporz&#261;dkowa&#263; w my&#347;lach fakty, kt&#243;re zasz&#322;y tego wieczoru. Wci&#261;&#380; jeszcze chcia&#322; zada&#263; Jupiterowi kilka pyta&#324;, ale wi&#281;kszo&#347;&#263; fakt&#243;w dotycz&#261;cych tajemnicy J&#281;cz&#261;cej Doliny sta&#322;a si&#281; oczywista. Ben Jackson kopa&#322; po kryjomu w jaskini. Kto&#347; na g&#243;rze sta&#322; na czatach. J&#281;kliwy d&#378;wi&#281;k by&#322; wywo&#322;any wiatrem przedostaj&#261;cym si&#281; przez otw&#243;r wiod&#261;cy do ukrytej groty poszukiwacza. Kiedy kto&#347; wchodzi&#322; do jaskini, pilnuj&#261;cy na szczycie g&#243;ry cz&#322;owiek dawa&#322; zna&#263; dzwonkiem i wtedy Ben zamyka&#322; otw&#243;r. J&#281;k ustawa&#322; i nie by&#322;o &#347;ladu po tym, co go wywo&#322;ywa&#322;o.

Pete czu&#322; si&#281; ca&#322;kiem zadowolony z w&#322;asnego rozumowania. Odpowiedzia&#322; sam na wszystkie pytania. Tylko  czy na wszystkie? Kim by&#322;, na przyk&#322;ad, cz&#322;owiek przebrany za El Diablo? Jaki ma on zwi&#261;zek z ca&#322;&#261; spraw&#261;? Mo&#380;e te same pytania zadawa&#322; sobie Jupe, kiedy m&#243;wi&#322;, &#380;e co&#347; jest nie wyja&#347;nione?

Pete  szept Jupitera wyrwa&#322; go z zamy&#347;lenia  kto&#347; idzie.

D&#378;wi&#281;k g&#322;osu przyjaciela, tu&#380; ko&#322;o ucha, tak zaskoczy&#322; Pete'a, &#380;e straci&#322; r&#243;wnowag&#281;. Uchwyci&#322; si&#281; wielkiego g&#322;azu przed nimi i jaki&#347; kamie&#324; stoczy&#322; si&#281; na ziemi&#281;. Czy Ben us&#322;ysza&#322; ha&#322;as? Pete wstrzyma&#322; oddech. W chwil&#281; p&#243;&#378;niej zobaczyli zbli&#380;aj&#261;ce si&#281; rozko&#322;ysane &#347;wiat&#322;o.

Waldo?  g&#322;os starego Bena zabrzmia&#322; gdzie&#347; bardzo blisko ich kryj&#243;wki.

Aha  dobieg&#322;o zza ko&#322;ysz&#261;cego si&#281; &#347;wiat&#322;a.  Jakich&#347; dw&#243;ch wchodzi do jaskini, Ben. Lepiej zwiewajmy st&#261;d.

Rozb&#322;ys&#322;o &#347;wiat&#322;o latarni Bena i ch&#322;opcy zobaczyli szczup&#322;&#261; sylwetk&#281; Turnera. Skulili si&#281;, jak mogli najni&#380;ej. Dwaj starzy ludzie stali teraz bardzo blisko.

Jeste&#347; pewien, &#380;e weszli do &#347;rodka?  spyta&#322; Ben.

Zupe&#322;nie. Niebezpiecznie du&#380;o ludzi szwenda si&#281; po tej jaskini od dwu dni  odpar&#322; Waldo.

Psiakrew!  zakl&#261;&#322; Ben.  Potrzebujemy jeszcze paru dni i sko&#324;czone. Trudno, nie ma co si&#281; teraz nara&#380;a&#263;. Zabierajmy si&#281; st&#261;d.

Tak, chod&#378;my  przytakn&#261;&#322; Waldo.

By&#322;o oczywiste, &#380;e to Waldo Turner sta&#322; na stra&#380;y na szczycie Diabelskiej G&#243;ry. Da&#322; um&#243;wiony sygna&#322; i przyszed&#322; jakim&#347; sekretnym tunelem. Ch&#322;opcy obserwowali dwu poszukiwaczy, kiedy wytaczali g&#322;az z otworu w &#347;cianie, przeszli przeze&#324; szybko i zasun&#281;li lewarem kamie&#324; na miejsce. Cisza zaleg&#322;a w czarnym jak smo&#322;a szybie.

Dok&#261;d oni poszli?  szepn&#261;&#322; Pete.

Mo&#380;e z tej groty za &#347;cian&#261; jest wyj&#347;cie na zewn&#261;trz. Musi by&#263;. W przeciwnym razie nie wia&#322;by ten wiatr wywo&#322;uj&#261;cy j&#281;k. Prawdopodobnie dochodzi do tej groty jeden ze starych szyb&#243;w kopalnianych, kt&#243;re zosta&#322;y zablokowane. Ben i Waldo musieli go ponownie otworzy&#263;.

Jak to si&#281; sta&#322;o, &#380;e szeryf i pan Dalton go nie znale&#378;li?  spyta&#322; Pete.

Pewnie jest zamaskowany  powiedzia&#322; Jupiter.  Musi by&#263; jeszcze jedno wej&#347;cie wysoko na g&#243;rze. Inaczej Waldo nie dosta&#322;by si&#281; tu tak szybko. Pewnie jest spora liczba takich ukrytych wej&#347;&#263;. My&#347;l&#281; jednak, &#380;e czas najwy&#380;szy i&#347;&#263; po pomoc.

Chod&#378;my!  wykrzykn&#261;&#322; Pete entuzjastycznie.

Zapalili latarki i przeszli szybko przez d&#322;ugi szyb. Id&#261;c po w&#322;asnych &#347;ladach niebawem dotarli do wielkiej groty, w kt&#243;rej byli poprzedniego wieczoru.

Kiedy zmierzali pospiesznie w stron&#281; tunelu wiod&#261;cego na zewn&#261;trz, dwie postacie wyskoczy&#322;y nagle z mroku. Silne r&#281;ce uchwyci&#322;y Pete'a za rami&#281;.

Mam ci&#281;!  us&#322;ysza&#322; ochryp&#322;y g&#322;os.

Obejrza&#322; si&#281; i skierowa&#322; latark&#281; na napastnika. Serce mu stan&#281;&#322;o, gdy zobaczy&#322; poci&#261;g&#322;&#261; twarz z blizn&#261; i przes&#322;oni&#281;tym klapk&#261; okiem.

Uciekaj, Jupe!  wydusi&#322; ze &#347;ci&#347;ni&#281;tego gard&#322;a.

Jupiter sta&#322; o&#347;lepiony &#347;wiat&#322;em latarki drugiego cz&#322;owieka.



ROZDZIA&#321; 16. Opowie&#347;&#263; o diamentach

St&#243;j spokojnie  powiedzia&#322; m&#281;&#380;czyzna z przepask&#261; na oku.  Co&#347; sobie zrobisz, jak tak b&#281;dziesz biega&#322; po ciemku.

Jupiter zebra&#322; si&#281; na odwag&#281;.

W&#261;tpi&#281;, czy dba pan o to, &#380;eby mi si&#281; nic nie sta&#322;o. Radz&#281; nas pu&#347;ci&#263;. Mamy tu przyjaci&#243;&#322;.

Nieznajomy roze&#347;mia&#322; si&#281;.

Dzielny z ciebie ch&#322;opak. Dlaczego nie podejdziesz bli&#380;ej, &#380;eby&#347;my mogli porozmawia&#263;.

Nie r&#243;b tego, Jupe!  wrzasn&#261;&#322; Pete.

Wtem spoza snopu &#347;wiat&#322;a drugiej latarki rozleg&#322; si&#281; znajomy g&#322;os:

Wszystko w porz&#261;dku, ch&#322;opaki, pan Reston jest detektywem!

Bob! Wszed&#322; w kr&#261;g &#347;wiat&#322;a i roze&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie na widok zdumienia koleg&#243;w. Opowiedzia&#322; im, jak doszed&#322; do przekonania, &#380;e Ben i Waldo s&#261; wmieszani w tajemnic&#281; J&#281;cz&#261;cej Doliny, jak zdecydowa&#322; si&#281; p&#243;j&#347;&#263; po pomoc, natkn&#261;&#322; si&#281; po drodze na samoch&#243;d z Newady i zobaczy&#322; wysiadaj&#261;cego ze&#324;, ubranego na czarno m&#281;&#380;czyzn&#281;, kt&#243;ry poszed&#322; w stron&#281; Diabelskiej G&#243;ry.

P&#243;&#378;niej, kiedy samoch&#243;d z Newady min&#261;&#322; mnie w drodze na ranczo, ogarn&#281;&#322;a mnie panika, zacz&#261;&#322;em biec i wpad&#322;em wprost na pana Restona.

Sam Reston  przedstawi&#322; si&#281; wysoki m&#281;&#380;czyzna.  Jestem detektywem zatrudnionym przez firm&#281; ubezpieczeniow&#261;. Kiedy wasz przyjaciel opowiedzia&#322; mi o swoich obawach, zdecydowa&#322;em p&#243;j&#347;&#263; z nim do jaskini, nie trac&#261;c czasu na drog&#281; na ranczo.

Pan Reston my&#347;la&#322;, &#380;e mo&#380;ecie natychmiast potrzebowa&#263; pomocy  wtr&#261;ci&#322; Bob.

Istotnie  powiedzia&#322; Reston  poniewa&#380; cz&#322;owiek, kt&#243;rego tropi&#281;, jest bardzo niebezpieczny. Starali&#347;my si&#281; z Bobem dosta&#263; do jaskini nie zauwa&#380;eni. To zaj&#281;to nam troch&#281; czasu, ale my&#347;l&#281;, &#380;e i tak nas dostrze&#380;ono.

Tak, widziano was  Jupiter odzyska&#322; wreszcie g&#322;os. Opowiedzia&#322; teraz o wszystkim, co widzieli z Pete'em w starym szybie.

Reston skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Wystraszyli&#347;my ich, niestety. Nie mogli jednak uj&#347;&#263; daleko. Woreczek, kt&#243;ry widzia&#322;e&#347;, zawiera prawdopodobnie diamenty, kt&#243;re mnie tu sprowadzi&#322;y.

Diamenty?  powt&#243;rzy&#322; Pete pytaj&#261;co.

To w&#322;a&#347;nie moja praca, ch&#322;opcy. Staram si&#281; znale&#378;&#263; bardzo sprytnego z&#322;odzieja klejnot&#243;w, kt&#243;ry ukrad&#322; ostatnio ca&#322;&#261; fortun&#281; w diamentach. Nazywa si&#281; Lasio Schmidt i jest poszukiwany w Europie. Tydzie&#324; temu, id&#261;c jego tropem, przyby&#322;em do Santa Carla. Us&#322;ysza&#322;em tam o J&#281;cz&#261;cej Dolinie i Jaskini El Diablo i przysz&#322;o mi do g&#322;owy, &#380;e jaskinia by&#322;aby idealn&#261; kryj&#243;wk&#261; dla z&#322;odzieja. Niestety, jak dot&#261;d nie uda&#322;o mi si&#281; go znale&#378;&#263;.

Do licha!  mrukn&#261;&#322; Pete.  Szed&#322; pan za nim i zgubi&#322; go pan?

Niezupe&#322;nie. Szed&#322;em jedynie jego tropem. Nie mam jednak poj&#281;cia, jak on teraz wygl&#261;da, ani kim jest. Widzicie, ch&#322;opcy, pi&#281;&#263; lat temu Schmidt opu&#347;ci&#322; Europ&#281; w po&#347;piechu, gdy&#380; mi&#281;dzynarodowa policja, Interpol, depta&#322;a mu po pi&#281;tach. Policja uzyska&#322;a informacje, &#380;e wyjecha&#322; do Ameryki i podaje si&#281; za kogo&#347; innego. Nic wi&#281;cej nie wiedzieli. Schmidt jest mistrzem w przebieraniu si&#281; i charakteryzacji. Mo&#380;e niezwykle wiarygodnie gra&#263; niemal ka&#380;d&#261; rol&#281;.

Na twarzy Jupitera pojawi&#322; si&#281; wyraz zamy&#347;lenia.

I ukrad&#322; diamenty ubezpieczone w pa&#324;skiej firmie?  zapyta&#322;.

Tak. Mniej wi&#281;cej rok temu. Nie pope&#322;ni&#322; &#380;adnej kradzie&#380;y, odk&#261;d opu&#347;ci&#322; Europ&#281;, i s&#261;dzono ju&#380;, &#380;e zaniecha&#322; tego procederu albo nawet, &#380;e nie &#380;yje. Kiedy jednak skradziono diamenty, nie ulega&#322;o w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e to sprawka Schmidta. Spos&#243;b, w jaki dokonano kradzie&#380;y, wskazywa&#322; wy&#322;&#261;cznie na niego.

Modus operandi, czyli metoda dzia&#322;ania  przytakn&#261;&#322; Jupiter  to bardzo wa&#380;ne.

Dzi&#281;ki temu schwytano wielu kryminalist&#243;w, zw&#322;aszcza zawodowych z&#322;odziei. Nie zmieniaj&#261; oni, poza drobnymi szczeg&#243;&#322;ami, systemu dokonywania rabunku.

S&#322;usznie, Jupiterze  potwierdzi&#322; pan Reston.  Kradzie&#380; by&#322;a bez w&#261;tpienia dzie&#322;em Lasla Schmidta. Zrozumieli&#347;my, &#380;e odczeka&#322; a&#380; sprawa przycichnie, i dzia&#322;a znowu. Jest oczywiste, &#380;e sp&#281;dzi&#322; w tym kraju lata na wypracowaniu sobie nowej osobowo&#347;ci. Obecnie wyst&#281;puje w podw&#243;jnej roli  z&#322;odzieja Schmidta i drugiej osoby, szacownej i nie budz&#261;cej &#380;adnych podejrze&#324;.

I pan nie wie, kim jest ta druga osoba  wtr&#261;ci&#322; Bob.  To mo&#380;e by&#263; ka&#380;dy z naszego otoczenia.

Reston skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Dok&#322;adnie tak, Bob. Wiem tylko, &#380;e jest w tej okolicy. Sprzeda&#322; dwa diamenty i dzi&#281;ki temu go wytropi&#322;em. Jeden z nich sprzeda&#322; w Reno w Newadzie, drugi w Santa Carla.

W Newadzie!  wykrzykn&#281;li Bob i Pete r&#243;wnocze&#347;nie, a Pete doda&#322;:

A my&#347;my my&#347;leli, &#380;e to pan jecha&#322; tym samochodem z Newady, kt&#243;ry zepchn&#261;&#322; nas w przepa&#347;&#263;!

Nie, ch&#322;opcy. Jecha&#322;em do J&#281;cz&#261;cej Doliny, gdy zobaczy&#322;em przy drodze rowery. Zatrzyma&#322;em si&#281;, by sprawdzi&#263;, co si&#281; sta&#322;o z w&#322;a&#347;cicielami. By&#322;bym wam pom&#243;g&#322; wydosta&#263; si&#281; na drog&#281;, ale zobaczy&#322;em nadje&#380;d&#380;aj&#261;ce samochody i wiedzia&#322;em, &#380;e kto&#347; si&#281; wami zajmie. Wola&#322;em nie ujawnia&#263; jeszcze mojej tutaj obecno&#347;ci. My&#347;l&#281;, &#380;e Schmidt zidentyfikowa&#322; mnie w Newadzie. Stara&#322;em si&#281; go zwie&#347;&#263;, zak&#322;adaj&#261;c t&#281; klapk&#281; na oko i lepi&#261;c sobie blizn&#281; na policzku przed przybyciem do Santa Carla. Obawiam si&#281; jednak, &#380;e moja maskarada na nic si&#281; nie zda&#322;a. Nie chcia&#322;bym, by Schmidt wiedzia&#322;, &#380;e wci&#261;&#380; jestem na jego tropie.

W trakcie ca&#322;ej rozmowy Jupiter w g&#322;&#281;bokiej zadumie b&#322;&#261;dzi&#322; wzrokiem po ciemnej grocie, przygryzaj&#261;c warg&#281;. Teraz b&#322;ysk o&#380;ywienia pojawi&#322; si&#281; w jego oczach.

Te diamenty, prosz&#281; pana  powiedzia&#322; wolno  to jaki&#347; szczeg&#243;lny rodzaj, prawda?

Reston popatrzy&#322; na niego ze zdziwieniem.

Ale&#380; tak, Jupiterze. Widzisz, nie skradziono ich z jakiej&#347; pracowni bi&#380;uterii czy sklepu. Zrabowano je ze specjalnej wystawy w muzeum w San Francisco. S&#261; to

Nieobrobione diamenty  doko&#324;czy&#322; Jupiter.  Nieoszlifowane, dok&#322;adnie takie, jakie wydobywa si&#281; w kopalni diament&#243;w. S&#261; przy tym zdatne jedynie do u&#380;ytku przemys&#322;owego.

Nie rozumiem, sk&#261;d ty to wiesz  zdumia&#322; si&#281; Reston  ale masz racj&#281;. To by&#322;y nieobrobione diamenty, ale tylko kilka z nich to diamenty przemys&#322;owe. Wystawa prezentowa&#322;a diamenty z r&#243;&#380;nych cz&#281;&#347;ci &#347;wiata, w stanie naturalnym. Poniewa&#380; wygl&#261;daj&#261; one jak zwyk&#322;e kamienie i ekspozycja mia&#322;a miejsce w muzeum, nie by&#322;a specjalnie strze&#380;ona. Schmidt nie napotka&#322; wielkich trudno&#347;ci w pope&#322;nieniu kradzie&#380;y. Wi&#281;kszo&#347;&#263; diament&#243;w to cenne klejnoty, cho&#263; w stanie surowym s&#261; trudne do rozpoznania. Ale jak na to wpad&#322;e&#347;, Jupiterze?

Znalaz&#322;em jeden z nich tu, w jaskini. My&#347;l&#281;, &#380;e Ben i Waldo znale&#378;li reszt&#281;.

A wi&#281;c moje przypuszczenia by&#322;y s&#322;uszne. Diamenty s&#261; w jaskini!  powiedzia&#322; Reston.

Jupiter przytakn&#261;&#322; z powag&#261;.

My&#347;l&#281;, &#380;e pa&#324;ski Laslo Schmidt ukry&#322; je tu zaraz po pope&#322;nieniu kradzie&#380;y. S&#261;dzi&#322; zapewne, &#380;e b&#281;d&#261; tu bezpieczne, p&#243;ki sprawa na tyle nie przycichnie, &#380;e b&#281;dzie m&#243;g&#322; je zacz&#261;&#263; sprzedawa&#263;. Tylko &#380;e Ben i Waldo prowadz&#261;c swe poszukiwania w jaskini, znale&#378;li je i my&#347;leli, &#380;e odkryli kopalni&#281; diament&#243;w.

Przecie&#380; w tym rejonie nie ma diament&#243;w  powiedzia&#322; Reston.

Nie ma, prosz&#281; pana, ale ci dwaj zawsze wierzyli, &#380;e s&#261;. Pami&#281;tam, pan Dalton m&#243;wi&#322;, &#380;e szukali zar&#243;wno z&#322;ota i srebra, jak i kamieni warto&#347;ciowych. Diamenty skradzione przez Schmidta nie r&#243;&#380;ni&#261; si&#281; od tych, kt&#243;re znajduje si&#281; w z&#322;o&#380;u, prawda?

Tak  przyzna&#322; Reston.  Ale czy nie wyda&#322;o im si&#281; dziwne, &#380;e znale&#378;li wszystkie diamenty w jednym miejscu?

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie s&#261;dz&#281;, by stary Ben tak je znalaz&#322;! Jak pan wie, jeste&#347;my dok&#322;adnie na Uskoku San Andreas. To miejsce, gdzie wyst&#281;puj&#261; stale trz&#281;sienia ziemi. Jaskinia jest pe&#322;na pozosta&#322;o&#347;ci po du&#380;ym wstrz&#261;sie, kt&#243;ry mia&#322; miejsce par&#281; lat temu. Od tego czasu zdarzy&#322;o si&#281; wiele ma&#322;ych.

My&#347;lisz, &#380;e tu by&#322;o niedawno trz&#281;sienie ziemi?  zapyta&#322; Pete.

Tak w&#322;a&#347;nie my&#347;l&#281;. S&#261;dz&#281;, &#380;e ma&#322;y wstrz&#261;s, jaki&#347; miesi&#261;c temu, naruszy&#322; miejsce, w kt&#243;rym by&#322;y ukryte diamenty. Ben i Waldo, kopi&#261;c jak zwykle, znale&#378;li je rozrzucone w&#347;r&#243;d ziemi i kamieni i my&#347;leli, &#380;e znale&#378;li ca&#322;e z&#322;o&#380;e.

Co&#347; takiego!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.

To zupe&#322;nie mo&#380;liwe  przyzna&#322; Reston.  Jednak&#380;e, ch&#322;opcy, musicie pami&#281;ta&#263;, &#380;e detektyw powinien bra&#263; pod uwag&#281; wszystkie mo&#380;liwo&#347;ci. A jest jeszcze jedna. Ben i Waldo mog&#261; by&#263; z&#322;odziejami, kt&#243;rzy ukryli tu diamenty, a teraz chc&#261; je odnale&#378;&#263; po trz&#281;sieniu ziemi.

Jupiter zaczerwieni&#322; si&#281;.

Oczywi&#347;cie. Powinienem wzi&#261;&#263; to pod uwag&#281;.

Ale, prosz&#281; pana  odezwa&#322; si&#281; Bob  Ben i Waldo mieszkaj&#261; tu od dawna! To miejscowi ludzie. Niemo&#380;liwe, aby przyjechali dopiero pi&#281;&#263; lat temu z Europy!

Reston u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Przypomnij sobie, co m&#243;wi&#322;em o Schmidcie, Bob. To mistrz maskowania si&#281;. Mo&#380;e si&#281; ukrywa&#263; pod postaci&#261; jednego z nich.

Rzeczywi&#347;cie, to mo&#380;liwe  przyzna&#322; Bob.

Jedynym sposobem doj&#347;cia prawdy jest odszukanie w tej chwili obu poszukiwaczy  powiedzia&#322; Reston.

Chod&#378;my do groty, w kt&#243;rej kopa&#322; Ben, i spr&#243;bujmy znale&#378;&#263; wyj&#347;cie, kt&#243;rym opu&#347;cili jaskini&#281;. To nas mo&#380;e doprowadzi&#263; do nich. Ale kt&#243;ry&#347; z was, ch&#322;opcy, musi wr&#243;ci&#263; na ranczo i wezwa&#263; szeryfa. B&#281;dziemy mieli dla niego pewne dowody rzeczowe.

Najlepiej, &#380;eby poszed&#322; Pete.  powiedzia&#322; Jupiter.

Pete'owi wyd&#322;u&#380;y&#322;a si&#281; mina.

Dlaczego ja!  zaprotestowa&#322;.  W&#322;a&#347;nie teraz, gdy mamy zako&#324;czy&#263; spraw&#281;!

Jupiter ma racj&#281;  popar&#322; wyb&#243;r Reston.  Bob nie jest w zbyt dobrej formie, z obola&#322;&#261; nog&#261;, a Jupitera wola&#322;bym mie&#263; ze sob&#261;. Przy tym zdajesz si&#281; by&#263; najszybszy, Pete. W zespole ka&#380;dy robi to, w czym jest najlepszy.

Pete us&#322;ucha&#322; niech&#281;tnie, aczkolwiek sprawi&#322;o mu przyjemno&#347;&#263; uznanie dla jego zdolno&#347;ci sportowych. Odnalaz&#322; szybko wyj&#347;cie z jaskini i pobieg&#322; d&#322;ugimi, r&#243;wnymi susami w stron&#281; rancza.


Wewn&#261;trz jaskini Jupiter, Bob i Sam Reston szli szybko tunelami. Stan&#281;li w ko&#324;cu przed zablokowanym wej&#347;ciem do ukrytej groty starego Bena. Reston usun&#261;&#322; okr&#261;g&#322;y g&#322;az i weszli do &#347;rodka.

Niewielka grota by&#322;a pusta. W przeciwleg&#322;ej &#347;cianie znale&#378;li korytarz. By&#322; to znowu, wykuty przez cz&#322;owieka, szyb kopalniany.

Sam Reston wszed&#322; do niego pierwszy, z pistoletem w pogotowiu.

Jupiter opatrywa&#322; ich szlak znakami zapytania.

Zmierzamy ku p&#243;&#322;nocnemu grzbietowi g&#243;ry  powiedzia&#322; Bob.  Zgodnie z ksi&#261;&#380;k&#261;, w&#322;a&#347;nie tam Ben i Waldo maj&#261; swoj&#261; chat&#281;.

Mo&#380;na by&#322;o si&#281; tego spodziewa&#263;  powiedzia&#322; Jupiter.  Otworzyli stary szyb w pobli&#380;u chaty, &#380;eby jak najmniej zwraca&#263; na siebie uwag&#281;.

Reston zatrzyma&#322; si&#281;. Kamienny blok zamyka&#322; dalsz&#261; drog&#281;. Bob zauwa&#380;y&#322; &#347;lady st&#243;p pod sam&#261; &#347;cian&#261;. Reston pochyli&#322; si&#281;. Wpar&#322; si&#281; ca&#322;ym cia&#322;em w okr&#261;g&#322;y g&#322;az i ten natychmiast ust&#261;pi&#322;. Reston wytoczy&#322; jeszcze dwa du&#380;e kamienie i wreszcie ukaza&#322; si&#281; niewielki otw&#243;r. Detektyw wczo&#322;ga&#322; si&#281; do niego. Przez moment ch&#322;opcy widzieli tylko jego nogi, a potem i one znik&#322;y. Zajrzeli do otworu, po czym szybko przecisn&#281;li si&#281; za detektywem.

Stali teraz za g&#281;stym parawanem drzew i krzew&#243;w na p&#243;&#322;nocnym grzbiecie Diabelskiej G&#243;ry. Nad nimi rozci&#261;ga&#322;o si&#281; bezchmurne, nocne niebo.

Nikt by nie zauwa&#380;y&#322; tak ma&#322;ego otworu, w dodatku dobrze ukrytego  powiedzia&#322; Reston.  Ruszamy, ch&#322;opcy. Id&#378;cie za mn&#261;.

Szli ostro&#380;nie g&#243;rskim grzbietem, mi&#281;dzy dolin&#261; a morzem. Po chwili dostrzegli &#347;wiat&#322;o padaj&#261;ce z okna ma&#322;ej chaty. Ben i Waldo siedzieli przy stole. Przed nimi le&#380;a&#322; stosik ma&#322;ych kamieni.



ROZDZIA&#321; 17. Domys&#322;y Jupitera okazuj&#261; si&#281; s&#322;uszne

Sam Reston, z pistoletem w r&#281;ce, otworzy&#322; drzwi chaty.

Z&#322;odzieje dzia&#322;ek!  wrzasn&#261;&#322; stary Ben wysokim, skrzecz&#261;cym g&#322;osem.  &#321;ap ich, Waldo!

Reston obni&#380;y&#322; bro&#324;.

Sied&#378; na miejscu, Waldo  powiedzia&#322; spokojnie.

Wysoki poszukiwacz w&#322;a&#347;nie unosi&#322; si&#281; z krzes&#322;a. Powoli usiad&#322; z powrotem.

Co robi&#263;, Ben, przynios&#322;o nam z&#322;odzieja  mrukn&#261;&#322;.

Mamy si&#281; da&#263; ograbi&#263;?  odpar&#322; Ben.

Nikt nie post&#281;puje ju&#380; uczciwie  stwierdzi&#322; gorzko Waldo.

Obaj starcy patrzyli z w&#347;ciek&#322;o&#347;ci&#261; na Restona. Nast&#281;pnie dzikie, czerwono obrze&#380;one oczy Bena spocz&#281;&#322;y na Bobie i Jupiterze.

Ci ch&#322;opcy!  krzykn&#261;&#322;.  M&#243;wi&#322;em ci, &#380;e narobi&#261; nam k&#322;opot&#243;w. Trzeba by&#322;o zrobi&#263; z nimi porz&#261;dek!

Mia&#322;e&#347; racj&#281;  przyzna&#322; Waldo.

Stary Ben zacz&#261;&#322; macha&#263; r&#281;kami jak szalony.

Nie ujdzie wam to na sucho, przyb&#322;&#281;dy! Zawsze rozprawia&#322;em si&#281; ze z&#322;odziejami dzia&#322;ek. Wiesza&#322;em ich wysoko na ga&#322;&#281;zi. Tak, panie, zas&#322;ugiwali na to.

Kopalnia jest nasza  Waldo po&#322;o&#380;y&#322; d&#322;o&#324; na gar&#347;ci nie szlifowanych diament&#243;w le&#380;&#261;cych na stole.

Je&#347;li jest wasza, dlaczego zakradali&#347;cie si&#281; do jaskini?  zapyta&#322; Reston.  Dlaczego kopali&#347;cie po nocach i zamykali&#347;cie grot&#281;, gdy kto&#347; wchodzi&#322; do jaskini?

Przebieg&#322;y b&#322;ysk pojawi&#322; si&#281; w oczach Bena.

Bogate z&#322;o&#380;e, tak, panie. Trzeba by&#263; dyskretnym. S&#322;owo si&#281; powie, a ca&#322;y t&#322;um si&#281; sypie. Nie, panie, rzecz trzeba trzyma&#263; w tajemnicy.

Chcecie to trzyma&#263; w tajemnicy, bo ta ziemia nale&#380;y do pa&#324;stwa Dalton&#243;w! Diamenty s&#261; ich!  wybuchn&#261;&#322; Bob.

My&#347;my prowadzili poszukiwania w tej jaskini przez prawie dwadzie&#347;cia lat  zaprotestowa&#322; Waldo.  My znale&#378;li&#347;my diamenty. My&#347;my je wykopali. Nale&#380;&#261; do nas. S&#322;yszysz? Do nas!

Jupiter przez ca&#322;y czas nie odezwa&#322; si&#281; s&#322;owem. Rozgl&#261;da&#322; si&#281; bacznie po chacie. Zaintrygowa&#322; go widok radia, p&#243;&#322;ek pe&#322;nych ksi&#261;&#380;ek i sterty gazet. Podni&#243;s&#322; jedn&#261; z nich i zacz&#261;&#322; przegl&#261;da&#263;.

Ben u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; chytrze.

Co&#347; wam powiem. Tam jest do&#347;&#263; dla ka&#380;dego. Na pewno do&#347;&#263;, &#380;eby si&#281; podzieli&#263;. Nie jeste&#347;my zach&#322;anni. Podzielimy si&#281; z wami. Co wy na to? Czwart&#261; cz&#281;&#347;&#263; tych kamieni tutaj i mo&#380;ecie kopa&#263; z nami w jaskini. Tam jest tego pe&#322;no. Z&#322;oty interes!

Tam nie ma wi&#281;cej diament&#243;w, panie Jackson, lub jest tylko kilka i pan o tym dobrze wie  odezwa&#322; si&#281; Jupiter.

Wszyscy spojrzeli na niego.

Ta chata nie bardzo pasuje do waszej pozy dw&#243;ch ekscentrycznych starych poszukiwaczy, &#380;yj&#261;cych przesz&#322;o&#347;ci&#261;  doda&#322;.

Co ty wygadujesz, Jupe!  wykrzykn&#261;&#322; Bob.

M&#243;wi, &#380;e te dwa typy s&#261;, do pewnego stopnia, oszustami  powiedzia&#322; Reston  co, jak przypuszczam, jest s&#322;uszne. Ale co ci&#281; na to naprowadzi&#322;o, Jupiterze?

Przeno&#347;ne radio z trudem pasuje do obrazu dw&#243;ch ob&#322;&#261;kanych starych ludzi, my&#347;l&#261;cych jedynie o przesz&#322;o&#347;ci. Ksi&#261;&#380;ki w bibliotece r&#243;wnie&#380; wskazuj&#261; na zainteresowanie wsp&#243;&#322;czesnym &#347;wiatem. Znale&#378;li w okolicy &#322;atwowiernych ludzi, kt&#243;rzy im pomagaj&#261; i zaopatruj&#261; ich w narz&#281;dzia, nie zadaj&#261;c pyta&#324;. Jestem r&#243;wnie&#380; pewien  ko&#324;czy&#322; Jupiter  &#380;e zdaj&#261; sobie doskonale spraw&#281;, &#380;e nie znale&#378;li z&#322;o&#380;a diament&#243;w.

Co daje ci t&#281; pewno&#347;&#263;?  zapyta&#322; detektyw.

Jupiter podszed&#322; do biblioteczki.

Cztery spo&#347;r&#243;d ksi&#261;&#380;ek na tych p&#243;&#322;kach dotycz&#261; diament&#243;w i wszystkie cztery zosta&#322;y niedawno wydane. W dodatku, ta gazeta zawiera opis kradzie&#380;y diament&#243;w z muzeum w San Francisco i nosi dat&#281; sprzed roku. Artyku&#322; jest zakre&#347;lony o&#322;&#243;wkiem. S&#261;dz&#281;, &#380;e specjalnie zam&#243;wili t&#281; gazet&#281;.

Co na to powiecie?  zwr&#243;ci&#322; si&#281; Reston do poszukiwaczy.

Ben i Waldo wymienili spojrzenia. W ko&#324;cu Ben wzruszy&#322; ramionami i kiedy si&#281; odezwa&#322;, jego g&#322;os brzmia&#322; normalnie.

Ch&#322;opiec ma racj&#281;  powiedzia&#322; po prostu.  Wiedzieli&#347;my, &#380;e nie ma tu diament&#243;w.

Kiedy znale&#378;li&#347;my pierwsze dwa diamenty  podj&#261;&#322; Waldo  &#322;udzili&#347;my si&#281;, &#380;e jednak odkryli&#347;my z&#322;o&#380;e. Mieli&#347;my jednak w&#261;tpliwo&#347;ci i Ben kupi&#322; te ksi&#261;&#380;ki. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e znalezione kamienie pochodz&#261; z Afryki. Potem, b&#281;d&#261;c w bibliotece, znalaz&#322;em ma&#322;&#261; wzmiank&#281; o rabunku. Sprowadzili&#347;my gazet&#281; z San Francisco. W artykule by&#322; dok&#322;adny opis skradzionych diament&#243;w, tak wi&#281;c wiedzieli&#347;my, sk&#261;d pochodz&#261; znalezione kamienie.

Diamenty by&#322;y skradzione  kontynuowa&#322; opowie&#347;&#263; Ben  postanowili&#347;my je wi&#281;c zatrzyma&#263;. Nikt, poza z&#322;odziejem, nie poniesie straty. Zacz&#281;li&#347;my szuka&#263; reszty i dokopali&#347;my si&#281; do istnego skarbu.

Tylko &#380;e dziury, kt&#243;re otworzyli&#347;my  powiedzia&#322; Waldo  spowodowa&#322;y, &#380;e jaskinia zacz&#281;&#322;a znowu j&#281;cze&#263;. Z pocz&#261;tku by&#322;o to dla nas korzystne. Ten d&#378;wi&#281;k odstrasza&#322; ludzi, bali si&#281; wej&#347;&#263; do jaskini. Potem pan Dalton z szeryfem zacz&#281;li j&#261; przeszukiwa&#263;. Zdecydowali&#347;my, &#380;e w czasie, kiedy Ben kopie, ja b&#281;d&#281; na g&#243;rze obserwowa&#322; drog&#281;. Jak tylko kto&#347; si&#281; zbli&#380;a&#322; do jaskini, dawa&#322;em mu zna&#263;. Zamyka&#322; otwory i czekali&#347;my, a&#380; intruzi sobie p&#243;jd&#261;.

Ben zachichota&#322;.

Wszystkich wyprowadzili&#347;my w pole! Ani Dalton, ani szeryf nie mieli poj&#281;cia, co si&#281; dzieje. Was, ch&#322;opcy, sam raz wykurzy&#322;em z jaskini. Nie mog&#281; tylko doj&#347;&#263;, jak &#380;e&#347;cie si&#281; dzisiaj dostali do &#347;rodka i Waldo was nie zobaczy&#322;.

Jupiter opowiedzia&#322; o ich fortelu z kuk&#322;ami i o podwodnej wyprawie. Dwaj starzy panowie s&#322;uchali z podziwem.

To ci heca!  roze&#347;mia&#322; si&#281; Ben.  Musz&#281; powiedzie&#263;, &#380;e sprytne z was ch&#322;opaki. Przechytrzyli&#347;cie nas, jak si&#281; patrzy, tak, panie!

To nie jest &#347;mieszne, panie Jackson  powiedzia&#322; Reston surowo.  Przyw&#322;aszczenie ukradzionych przedmiot&#243;w jest tak&#380;e przest&#281;pstwem.

Ben u&#347;miecha&#322; si&#281; z zak&#322;opotaniem.

Nie wiem, czy my&#347;leli&#347;my o tym w ten spos&#243;b. Mo&#380;e w ko&#324;cu oddaliby&#347;my wszystko, gdzie nale&#380;y. Ale my&#347;my nigdy nie natrafili na &#380;adne z&#322;o&#380;e i wydobywanie tych diament&#243;w by&#322;o dla nas wielk&#261; przygod&#261;. Przez jaki&#347; czas czuli&#347;my si&#281; jak prawdziwi poszukiwacze. Mo&#380;e to nie by&#322;o zgodne z prawem, ale my&#347;leli&#347;my, &#380;e nie krzywdzimy nikogo poza z&#322;odziejem. W ka&#380;dym razie dop&#243;ki nie zdecydujemy, co robi&#263; ze znalezionym skarbem.

A wypadki, jakim ulegali ludzie na ranczu?  zapyta&#322; Bob z oburzeniem.  A ten g&#322;az, kt&#243;ry o ma&#322;o nas nie zabi&#322;?

To by&#322;y naprawd&#281; zwyk&#322;e wypadki  powiedzia&#322; Waldo.  Zdarzaj&#261; si&#281; tu ci&#261;gle. Ludzie s&#261; podenerwowani tym zawodzeniem i post&#281;puj&#261; nieostro&#380;nie. Dlatego by&#322;o ich wi&#281;cej ni&#380; zwykle. G&#322;az, kt&#243;ry o ma&#322;o na was nie spad&#322;, to moja wina. Obserwowa&#322;em was i niechc&#261;co kopn&#261;&#322;em kamie&#324;, kt&#243;ry si&#281; stoczy&#322;. Nigdy nie chcieli&#347;my nikomu wyrz&#261;dzi&#263; krzywdy.

Reston patrzy&#322; z namys&#322;em na dwu starych ludzi.

Zdecyduj&#281; p&#243;&#378;niej, co z wami zrobi&#263;  powiedzia&#322; wreszcie.

Po&#322;o&#380;y&#322; na stole sw&#243;j pistolet i zacz&#261;&#322; zbiera&#263; diamenty do sk&#243;rzanego woreczka. Ben i Waldo obserwowali go ze smutkiem.

Post&#281;powali&#347;cie g&#322;upio  m&#243;wi&#322; Reston  ale odzyskali&#347;cie skradzione diamenty. Mo&#380;e rzeczywi&#347;cie zamierzali&#347;cie je zwr&#243;ci&#263;, kto wie? Teraz mam wa&#380;niejsz&#261; spraw&#281; na g&#322;owie. Musz&#281; &#347;ciga&#263; z&#322;odzieja.

My&#347;la&#322;em w&#322;a&#347;nie o Schmidcie, prosz&#281; pana  odezwa&#322; si&#281; Jupiter.  Na pewno wiedzia&#322;, &#380;e Ben i Waldo kopi&#261; w jaskini, i musia&#322; przypuszcza&#263;, &#380;e znajd&#261; diamenty. S&#261;dz&#281;, &#380;e czeka&#322;, a&#380; sko&#324;cz&#261; prac&#281; dla niego. Proponowa&#322;bym zastawienie na niego pu&#322;apki. Jestem przekonany, &#380;e przyjdzie tu po sw&#243;j &#322;up.

W tym momencie za nimi rozleg&#322; si&#281; st&#322;umiony g&#322;os:

Jeste&#347; bardzo bystry, ch&#322;opie. W&#322;a&#347;nie przyszed&#322;em!

Zaskoczenie by&#322;o ca&#322;kowite. Zdumieni odwr&#243;cili si&#281; w stron&#281; drzwi. Sta&#322; w nich fa&#322;szywy El Diablo! Jego zamaskowana twarz by&#322;a m&#322;oda i nieruchoma, tak jak zapami&#281;tali j&#261; dobrze Jupe i Pete. W lewej r&#281;ce trzyma&#322; wycelowany w nich wszystkich pistolet.

Bez niepotrzebnej brawury, ch&#322;opcy  powiedzia&#322; spokojnie Reston, spogl&#261;daj&#261;c k&#261;tem oka na sw&#243;j pozostawiony na stole rewolwer.  Je&#347;li to Schmidt, jest bardzo niebezpieczny. Nie ruszajcie si&#281; z miejsca.

Bardzo rozs&#261;dna rada  pad&#322;o chrapliwym g&#322;osem zza maski.  I to istotnie jest Schmidt. Nie pr&#243;buj si&#281;ga&#263; po rewolwer, Reston.  Gestem nakaza&#322; im przesun&#261;&#263; si&#281; pod &#347;cian&#281;. Gdy wykonali polecenie, m&#243;wi&#322; dalej:  Ty, mniejszy ch&#322;opcze, we&#378; sznur tam z k&#261;ta i zwi&#261;&#380; Restona. Szybko!

Zr&#243;b to, Bob  powiedzia&#322; Reston.

Opanowuj&#261;c gniew, Bob wzi&#261;&#322; kawa&#322;ek sznura z le&#380;&#261;cego zwoju i zwi&#261;za&#322; nogi i r&#281;ce Restona. Schmidt odsun&#261;&#322; go i sprawdzi&#322; w&#281;z&#322;y. Usatysfakcjonowany zadysponowa&#322;:

Teraz wy dwaj zwi&#261;&#380;cie starych!

Jupiter i Bob pos&#322;usznie wykonali rozkaz, nast&#281;pnie na polecenie Schmidta Bob sp&#281;ta&#322; Jupitera i wreszcie sam bandyta uczyni&#322; to z Bobem. Usadowi&#322; ich wszystkich na pod&#322;odze pod &#347;cian&#261;, po czym podszed&#322; do sto&#322;u i zabra&#322; sk&#243;rzany woreczek.

Musz&#281; wam wyrazi&#263; moje podzi&#281;kowanie za przygotowanie mi diament&#243;w  powiedzia&#322; z ironi&#261;.  Zaoszcz&#281;dzili&#347;cie mi k&#322;opotu z wykopywaniem ich po trz&#281;sieniu ziemi. Oczywi&#347;cie mia&#322;em was ca&#322;y czas na oku. Nie po to krad&#322;em te diamenty, by da&#263; si&#281; ich &#322;atwo pozbawi&#263;. A wy, ch&#322;opcy, byli&#347;cie nieco namolni, ale nie doro&#347;li&#347;cie jeszcze, &#380;eby mnie przechytrzy&#263;. Jak zobaczy&#322;em ten sprz&#281;t do nurkowania, od razu wiedzia&#322;em, co knujecie. Zdenerwowa&#322;o mnie troch&#281;, kiedy zda&#322;em sobie spraw&#281;, &#380;e Reston znowu depce mi po pi&#281;tach, ale wszystko dobre, co si&#281; dobrze ko&#324;czy.

Zachichota&#322;, sk&#322;oni&#322; si&#281; kpi&#261;co i opu&#347;ci&#322; chat&#281;.

Powinienem si&#281; by&#322; domy&#347;li&#263;, &#380;e nas obserwuje  mrucza&#322; ze z&#322;o&#347;ci&#261; Jupiter.  Kiedy nas z&#322;apa&#322; w jaskini, domy&#347;la&#322; si&#281;, &#380;e wiemy o kopaniu. By&#322;o je tam przecie&#380; s&#322;ycha&#263;.

Nie obwiniaj siebie, Jupiterze  powiedzia&#322; Reston.  To ty mia&#322;e&#347; racj&#281;. Wyci&#261;gn&#261;&#322;e&#347; z tego, co widzia&#322;e&#347;, prawid&#322;owe wnioski. Moj&#261; rzecz&#261; by&#322;o domy&#347;li&#263; si&#281;, &#380;e Schmidt wykorzystuje tych dw&#243;ch starych ludzi.

Mia&#322;e&#347; do ko&#324;ca racj&#281;, Jupe  odezwa&#322; si&#281; Bob.  Z&#322;odziej przyszed&#322;!

Jednak Jupiter nie odczuwa&#322; satysfakcji.

Co z tego, &#380;e rozwi&#261;&#380;e si&#281; tajemnic&#281;, je&#347;li nie mo&#380;na nawet zobaczy&#263; twarzy przest&#281;pcy. Ucieknie i nie b&#281;dziemy nigdy wiedzieli, jak wygl&#261;da. A pan Reston b&#281;dzie musia&#322; od nowa zacz&#261;&#263;

Jupiter urwa&#322; w po&#322;owie zdania. Siedzia&#322; z otwartymi ustami, wpatruj&#261;c si&#281; w przestrze&#324;. By&#322; jakby w transie.

Jupe?

O co chodzi, Jupiterze?

Jupiter mruga&#322; oczami, jakby wszed&#322; nagle do jasnego pokoju po d&#322;ugim nocnym spacerze.

Musimy si&#281; natychmiast uwolni&#263;!  zawo&#322;a&#322;, szarpi&#261;c si&#281; w swych wi&#281;zach.  Szybko, musimy go z&#322;apa&#263;.

Sam Reston potrz&#261;sn&#261;&#322; ponuro g&#322;ow&#261;.

Za p&#243;&#378;no, Jupiterze. Jest ju&#380; daleko.

No, nie wiem  odpar&#322; Jupiter.

Czego nie wiesz?  zapyta&#322; Bob.

Jupiter nie zd&#261;&#380;y&#322; odpowiedzie&#263;. Na dworze rozleg&#322; si&#281; t&#281;tent kopyt ko&#324;skich. Po chwili drzwi chaty rozwar&#322;y si&#281; gwa&#322;townie i pojawi&#322; si&#281; w nich wysoki, nieznajomy m&#281;&#380;czyzna. Patrzy&#322; zdziwiony na zwi&#261;zan&#261; pi&#261;tk&#281;.

Co, u licha, tu si&#281; dzieje?! Doprawdy, ch&#322;opcy, mo&#380;na by&#322;o oczekiwa&#263; od was wi&#281;cej rozs&#261;dku.

Bob i Jupe spogl&#261;dali skonsternowani na nieznajomego. Wtem ponad jego ramieniem dostrzegli mi&#322;e, bliskie twarze. Pete i pani Dalton! U&#347;miechn&#281;li si&#281; do nich z bezgraniczn&#261; ulg&#261;.



ROZDZIA&#321; 18. Zdemaskowanie El Diablo

Nieznajomy okaza&#322; si&#281; by&#263; szeryfem okr&#281;gu Santa Carla. Z&#322;o&#347;ci&#322; si&#281; na ch&#322;opc&#243;w za usi&#322;owanie rozwi&#261;zania sprawy na w&#322;asn&#261; r&#281;k&#281;.

&#346;ciganie niebezpiecznego przest&#281;pcy nie jest zaj&#281;ciem dla trzech ch&#322;opc&#243;w!  grzmia&#322; gro&#378;nie.

Jak mogli&#347;cie p&#243;j&#347;&#263; do jaskini, nie m&#243;wi&#261;c o tym nikomu?  powiedzia&#322;a pani Dalton.  B&#243;g jeden wie, co si&#281; mog&#322;o przydarzy&#263;, z grasuj&#261;cym tam bandyt&#261; i dwoma ob&#322;&#261;kanymi lud&#378;mi. Gdyby Pete nie odszuka&#322; tych znak&#243;w zapytania i nie domy&#347;li&#322; si&#281;, dok&#261;d poszli&#347;cie, nie byliby&#347;my w stanie was odnale&#378;&#263;.

Bob milcza&#322; zak&#322;opotany, ale Jupiter zwr&#243;ci&#322; si&#281; rezolutnie do szeryfa:

Przykro nam, prosz&#281; pana, z powodu k&#322;opot&#243;w, kt&#243;rych przysporzyli&#347;my. Nie mieli&#347;my poj&#281;cia o istnieniu z&#322;odzieja, dop&#243;ki nie pojma&#322; nas nieoczekiwanie w jaskini. Reszty dowiedzieli&#347;my si&#281; od pana Restona.

To prawda, szeryfie  powiedzia&#322; Reston.  Ch&#322;opcy w &#380;aden spos&#243;b nie mogli wiedzie&#263;, &#380;e w jaskini przebywa niebezpieczny kryminalista. S&#261;dzili, &#380;e rozwi&#261;zuj&#261; jedynie tajemnic&#281; j&#281;cz&#261;cej jaskini, a za przeciwnik&#243;w maj&#261; co najwy&#380;ej dwu ekscentrycznych, ale nieszkodliwych starych ludzi. Nie mieli zamiaru schwyta&#263; z&#322;odzieja klejnot&#243;w. Wytropienie za&#347; Bena i Turnera by&#322;o moim pomys&#322;em.

Mo&#380;e ma pan racj&#281;  mrukn&#261;&#322; szeryf.  Mo&#380;e ch&#322;opcy zachowali si&#281; odpowiedzialnie, mimo wszystko.

Bardziej ni&#380; niejeden doros&#322;y  powiedzia&#322; Reston.  Z&#322;odziejowi, co prawda, uda&#322;o si&#281; uciec, ale ch&#322;opcy rozwi&#261;zali sami ca&#322;&#261; t&#281; tajemnicz&#261; spraw&#281;.

S&#261; wi&#281;c bardzo dobrymi detektywami  u&#347;miechn&#281;&#322;a si&#281; pani Dalton.

Zgoda, rozwi&#261;zali t&#281; zagadk&#281;  szeryf skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;  ale z&#322;odziej nam uciek&#322;. Ano trudno, miejmy nadziej&#281;, &#380;e go jeszcze przydybiemy

Prosz&#281; pana!  przerwa&#322; mu Jupiter dono&#347;nym g&#322;osem.

Wszyscy popatrzyli na niego ze zdziwieniem.

Nie jestem pewien, czy z&#322;odziej uciek&#322;  m&#243;wi&#322; Jupe z o&#380;ywieniem.  Nie jestem pewien, czy nawet pr&#243;bowa&#322;.

Co chcesz przez to powiedzie&#263;, synu?  zapyta&#322; szeryf.

Czy wie pan, gdzie s&#261; wszyscy pozostali?  spyta&#322; Jupiter w odpowiedzi.

Pozostali? Masz na my&#347;li ludzi z rancza? No, wszyscy szukaj&#261; was, ch&#322;opcy. Dalton ze swoimi lud&#378;mi poszli na pla&#380;&#281;. Hardin, profesor Walsh i jeszcze kilku przeszukuj&#261; drug&#261; stron&#281; Diabelskiej G&#243;ry.

Gdzie macie si&#281; p&#243;&#378;niej spotka&#263;?  wypytywa&#322; Jupiter.

W domu, na ranczu.

Wobec tego musimy si&#281; tam czym pr&#281;dzej uda&#263;  o&#347;wiadczy&#322; zdecydowanie Jupiter.

Szeryf zmarszczy&#322; czo&#322;o.

Zaraz, zaraz ch&#322;opcze, je&#347;li co&#347; knujesz, powiedz nam lepiej od razu, o co chodzi.

Jupiter potrz&#261;sn&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Nie ma na to czasu, prosz&#281; pana. Wyja&#347;nienie trwa&#322;o by zbyt d&#322;ugo. Musimy schwyta&#263; z&#322;odzieja, nim zd&#261;&#380;y ukry&#263; dowody rzeczowe.

Niech pan go lepiej pos&#322;ucha, szeryfie  odezwa&#322; si&#281; Reston.  Przekona&#322;em si&#281; ju&#380;, &#380;e ch&#322;opiec wie, co m&#243;wi.

Chod&#378;my wi&#281;c  zgodzi&#322; si&#281; szeryf.  Zabierzecie si&#281; z nami, ch&#322;opcy.

Jupiter wspi&#261;&#322; si&#281; na konia i usiad&#322; za szeryfem, Pete i Bob jechali wraz z dwoma pomocnikami szeryfa, kt&#243;rzy czekali na koniach przed chat&#261;. P&#281;dzili szale&#324;czo przez pag&#243;rkowaty teren. Ch&#322;opcy podskakiwali i ko&#322;ysali si&#281; na ko&#324;skich grzbietach, uczepieni desperacko je&#378;d&#378;c&#243;w przed nimi. Zbli&#380;ali si&#281; do domu. Zdawa&#322; si&#281; zupe&#322;nie opustosza&#322;y. Tylko kuchenne okno ja&#347;nia&#322;o s&#322;abym &#347;wiat&#322;em.

No, synu  szeryf odwr&#243;ci&#322; g&#322;ow&#281; do Jupitera  kogo spodziewa&#322;e&#347; si&#281; tu zasta&#263;?

Jupiter nerwowo przygryz&#322; warg&#281;.

Jestem pewien, &#380;e tu wr&#243;ci  powiedzia&#322;.  Pewnie go wyprzedzili&#347;my. Musi przecie&#380; udawa&#263;, &#380;e nas szuka. Chocia&#380; przez jaki&#347; czas. Najlepiej b&#281;dzie zsi&#261;&#347;&#263; z koni i poczeka&#263; w ukryciu.

Dobrze, ale chcia&#322;bym wreszcie wiedzie&#263;, o co ci chodzi  powiedzia&#322; szeryf.

Zeskoczy&#322; z konia i pom&#243;g&#322; zej&#347;&#263; Jupiterowi. W tym momencie zajecha&#322; swym samochodem Sam Reston.

No, synu  szeryf by&#322; zniecierpliwiony  gadaj wreszcie, za czym si&#281; uganiamy.

A wi&#281;c, prosz&#281; pana  zacz&#261;&#322; swe wyja&#347;nienia Jupiter  przemy&#347;la&#322;em to, co powiedzia&#322; w chacie bandyta, zestawi&#322;em to z pewnymi faktami i

W tym momencie na ganku pojawi&#322; si&#281; m&#281;&#380;czyzna. Szed&#322; w ich stron&#281;, lekko kulej&#261;c. Profesor Walsh.

O, widz&#281;, &#380;e ich pan odszuka&#322;, szeryfie  powiedzia&#322;.  Dobra robota. To by&#322; burzliwy wiecz&#243;r, co, ch&#322;opcy?  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; i dotkn&#261;&#322; kolana.  Mia&#322;em ma&#322;y wypadek. Przewr&#243;ci&#322;em si&#281; i przeci&#261;&#322;em sobie nog&#281;. Musia&#322;em wr&#243;ci&#263; do domu i za&#322;o&#380;y&#263; opatrunek.

Dobrze pan trafi&#322;, profesorze  powiedzia&#322; szeryf.  Ma&#322;y Jones w&#322;a&#347;nie zacz&#261;&#322; bardzo interesuj&#261;c&#261; opowie&#347;&#263;.

Nie ma potrzeby jej kontynuowa&#263;  powiedzia&#322; Jupiter ch&#322;odno.  Niech pan raczej przeszuka profesora Walsha. W&#261;tpi&#281;, czy zdecydowa&#322; si&#281; ponownie rozsta&#263; z diamentami. Jest przecie&#380; przekonany, i&#380; nikt nawet nie przypuszcza, &#380;e istotnie jest Laslem Schmidtem.

Schmidt!  wykrzykn&#261;&#322; Reston.

My&#347;l&#281;, &#380;e diamenty znajdziecie panowie pod banda&#380;em  doda&#322; Jupiter.

Profesor Walsh zrobi&#322; b&#322;yskawiczny zwrot i zacz&#261;&#322; ucieka&#263;. Szeryf ze swymi lud&#378;mi i Reston rzucili si&#281; za nim w pogo&#324;.

Pani Dalton, Bob i Pete podeszli do Jupitera. A Pierwszy Detektyw sta&#322; sobie spokojnie i u&#347;miecha&#322; si&#281; jakby nigdy nic.



ROZDZIA&#321; 19. Ch&#322;opcy opowiadaj&#261; histori&#281; Alfredowi Hitchcockowi

A wi&#281;c, mistrzu Jones, czy diamenty rzeczywi&#347;cie zosta&#322;y znalezione pod banda&#380;em na nodze profesora Walsha?  zapyta&#322; pan Hitchcock po wys&#322;uchaniu opowie&#347;ci ch&#322;opc&#243;w.

Tak, prosz&#281; pana  odpar&#322; Jupiter.  Schwytano profesora w momencie, gdy wsiada&#322; do swego samochodu, tego z rejestracj&#261; z Newady. Okaza&#322;o si&#281;, &#380;e mia&#322; dwa samochody. Jednego u&#380;ywa&#322; jawnie, drugi, z rejestracj&#261; z Newady, by&#322; ukryty w w&#261;wozie, ko&#322;o J&#281;cz&#261;cej Doliny. W ukrytym samochodzie znaleziono mask&#281; i kostium El Diablo. By&#322; tak pewny siebie, &#380;e nawet nie pozby&#322; si&#281; tych rzeczy.

Ach, zgubna pewno&#347;&#263; siebie notorycznych przest&#281;pc&#243;w  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; re&#380;yser.  &#346;wietna robota, ch&#322;opcy.

By&#322;o to w tydzie&#324; po uj&#281;ciu Lasla Schmidta alias profesora Walsha. Ch&#322;opcy wr&#243;cili w&#322;a&#347;nie z dobrze zas&#322;u&#380;onych wakacji na Ranczu Krzywe Y. Przez tydzie&#324; p&#322;ywali, je&#378;dzili konno i uczyli si&#281; gospodarskich zaj&#281;&#263;. Teraz siedzieli w gabinecie s&#322;ynnego re&#380;ysera filmowego i wykorzystuj&#261;c notatki Boba opowiadali o swojej ostatniej przygodzie, kt&#243;r&#261; nazwali Tajemnica j&#281;cz&#261;cej jaskini.

Pozna&#322;em wi&#281;c sekret jaskini i dowiedzia&#322;em si&#281; o dzia&#322;alno&#347;ci starego Jacksona i Turnera  m&#243;wi&#322; pan Hitchcock.  Nawiasem m&#243;wi&#261;c, co si&#281; sta&#322;o z tymi dwoma dziwakami?

Bob u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281;.

Szeryf uzna&#322; w ko&#324;cu, &#380;e mo&#380;e nie stawia&#263; ich w stan oskar&#380;enia. Uwierzy&#322;, &#380;e mieliby do&#347;&#263; rozs&#261;dku, by zwr&#243;ci&#263; diamenty, a Daltonowie wybaczyli im wszystko.

Pan Hitchcock skin&#261;&#322; g&#322;ow&#261;.

Tak, my&#347;l&#281;, &#380;e jedynym przest&#281;pstwem, jakiego si&#281; dopu&#347;cili, by&#322;o marzenie o znalezieniu bogatego z&#322;o&#380;a.

Przedstawi pan wi&#281;c nasz przypadek w ksi&#261;&#380;ce?  zapyta&#322; podekscytowany Pete.

Jeszcze nie wiem. Zgodzi&#322;em si&#281; opisywa&#263; ka&#380;d&#261; wasz&#261; przygod&#281;, kt&#243;ra oka&#380;e si&#281; godna uwagi. Na razie dowiedzia&#322;em si&#281;, jak dwaj starzy poszukiwacze spowodowali tajemnicze j&#281;ki jaskini. Dalej jednak nie rozumiem, jak Jupiter doszed&#322; do swego odkrycia, &#380;e El Diablo i profesor Walsh to ta sama osoba  Laslo Schmidt.

Jupiter pochyli&#322; si&#281; w swym krze&#347;le.

A wi&#281;c, prosz&#281; pana, najpierw rozpatrywa&#322;em mo&#380;liwo&#347;&#263;, &#380;e to profesor Walsh jest fa&#322;szywym El Diablo. Potem sta&#322;o si&#281; oczywiste, &#380;e logicznie rzecz bior&#261;c, jest on jedyn&#261; osob&#261;, kt&#243;ra mo&#380;e by&#263; Laslem Schmidtem. Tylko on by&#322; prawdziwie obcy na Ranczu Krzywe Y, a jego przesz&#322;o&#347;&#263; mog&#322;a by&#263; bardzo &#322;atwo zafa&#322;szowana.

Rozumiem  powiedzia&#322; pan Hitchcock.  By&#322; w tamtych stronach zaledwie od roku i m&#243;g&#322; bez trudu udawa&#263; profesora historii przed dawnym zawodnikiem rodeo i rz&#261;dc&#261; na farmie. Ale co ci&#281; sk&#322;oni&#322;o do tego, &#380;eby go w og&#243;le podejrzewa&#263;?

W gruncie rzeczy, prosz&#281; pana, powinienem nabra&#263; podejrze&#324; du&#380;o wcze&#347;niej. Ale oczywisto&#347;&#263; pewnych rzeczy nie uderzy&#322;a mnie do chwili, kiedy siedzieli&#347;my wszyscy zwi&#261;zani w chacie starego Bena. Wtedy bandyta powiedzia&#322; co&#347;, co pozwoli&#322;o mi wszystko zrozumie&#263;.

Pan Hitchcock, kartkuj&#261;c notatki Boba, zauwa&#380;y&#322;:

Nie wydaje mi si&#281;, by wiele m&#243;wi&#322;.

Niedu&#380;o, ale wystarczaj&#261;co  odpar&#322; Jupiter.  Na przyk&#322;ad napomkn&#261;&#322;, &#380;e widzia&#322; nasz sprz&#281;t do nurkowania. Tylko kto&#347; przebywaj&#261;cy na ranczu m&#243;g&#322; to widzie&#263;. Poza tym, kiedy m&#243;wi&#322;, jego g&#322;os by&#322; wprawdzie st&#322;umiony przez mask&#281; i trudno go by&#322;o rozpozna&#263;, ale spos&#243;b wys&#322;awiania si&#281; by&#322; niezmieniony. Nagle zda&#322;em sobie spraw&#281;, &#380;e jest to maniera m&#243;wienia profesora Walsha.

Oczy pana Hitchcocka zab&#322;ys&#322;y.

Istotnie  przytakn&#261;&#322;  spos&#243;b wys&#322;awiania si&#281; mo&#380;e zdradzi&#263; cz&#322;owieka.

Nast&#281;pnie  kontynuowa&#322; Jupiter  powiedzia&#322;, &#380;e zdenerwowa&#322; si&#281;, kiedy zda&#322; sobie spraw&#281;, &#380;e Reston jest znowu na jego tropie. To da&#322;o mi dwie poszlaki. Po pierwsze, &#380;e El Diablo zna&#322; Restona, i po drugie, &#380;e wiedzia&#322;, &#380;e Reston tu si&#281; kr&#281;ci.

Oczywi&#347;cie!  wykrzykn&#261;&#322; pan Hitchcock.  Reston powiedzia&#322; wam, &#380;e Laslo Schmidt zna&#322; go z widzenia. Nikt poza wami, ch&#322;opcy, nie widzia&#322; Restona w pobli&#380;u Diabelskiej G&#243;ry. To wy opisali&#347;cie go w obecno&#347;ci profesora. Nie ulega w&#261;tpliwo&#347;ci, &#380;e rozpozna&#322; go z waszego opisu, nawet z blizn&#261; na twarzy i przepask&#261; na oku.

Tak jest  przytakn&#261;&#322; Jupiter. Pan Hitchcock zmarszczy&#322; czo&#322;o.

Wszystko to jednak, m&#322;ody cz&#322;owieku, s&#261; tylko dowody po&#347;rednie. Pasuj&#261; do profesora Walsha, ale r&#243;wnie dobrze mog&#322;yby dotyczy&#263; ka&#380;dego innego na ranczu. Co sprawi&#322;o, &#380;e ograniczy&#322;e&#347; podejrzenia wy&#322;&#261;cznie do Walsha?

Pistolet!  o&#347;wiadczy&#322; Jupiter tryumfalnie.

Pistolet?  zdziwi&#322; si&#281; pan Hitchcock, przegl&#261;daj&#261;c notatki Boba.  Nie znajduj&#281; tu nic szczeg&#243;lnego o tym pistolecie.

Nie, prosz&#281; pana, nie chodzi o sam&#261; bro&#324;, ale o spos&#243;b w jaki j&#261; trzyma&#322;. Widzi pan, El Diablo, kt&#243;ry nas pojma&#322;, trzyma&#322; pistolet w lewej r&#281;ce. Nosi&#322; olstro na lewym biodrze. Tymczasem wszystkie ksi&#261;&#380;ki i ilustracje wskazuj&#261;, &#380;e El Diablo by&#322; prawor&#281;ki. Kiedy znale&#378;li&#347;my jego szkielet w grocie, pistolet tkwi&#322; w prawej d&#322;oni. Tak wi&#281;c

Do diaska! Jak mog&#322;em to przeoczy&#263;!  wykrzykn&#261;&#322; pan Hitchcock.  Oczywi&#347;cie, Jupiterze, tylko profesor g&#322;osi&#322; teori&#281;, &#380;e El Diablo by&#322; lewor&#281;ki. Sam na siebie zastawi&#322; pu&#322;apk&#281; t&#261; teoryjk&#261;!

W&#322;a&#347;nie  u&#347;miechn&#261;&#322; si&#281; Jupiter.  Widzi pan, by&#322; on zar&#243;wno z&#322;odziejem Schmidtem, jak i profesorem Walshem. Pan Reston powiedzia&#322;, &#380;e przest&#281;pca sp&#281;dzi&#322; pi&#281;&#263; lat na ustalaniu nowej osobowo&#347;ci. Sta&#322; si&#281; rzeczywi&#347;cie ekspertem w historii Kalifornii i istotnie pisa&#322; ksi&#261;&#380;k&#281; o El Diablo. Spodziewa&#322; si&#281; zapewne, &#380;e ta posta&#263;, jej legenda, mo&#380;e si&#281; przyda&#263; do jego gry. By&#322; jednak lewor&#281;ki. Ta teoria by&#322;a mu potrzebna.

Pan Hitchcock roze&#347;mia&#322; si&#281; serdecznie.

Niezwykle sprawnie przeprowadzili&#347;cie to dochodzenie. To jest, by&#263; mo&#380;e, twoja najbardziej pomys&#322;owa dedukcja, Jupiterze. Z przyjemno&#347;ci&#261; opisz&#281; wasz&#261; przygod&#281;. Lewa r&#281;ka, u licha!

Uszcz&#281;&#347;liwieni ch&#322;opcy sp&#322;on&#281;li rumie&#324;cem s&#322;ysz&#261;c tak wielk&#261; pochwa&#322;&#281;. Jupiter wydoby&#322; stary pistolet, kt&#243;ry obaj z Pete'em znale&#378;li w r&#281;ce prawdziwego El Diablo.

Pomy&#347;leli&#347;my, &#380;e mo&#380;e pan to zachowa&#263; na pami&#261;tk&#281; Tajemnicy j&#281;cz&#261;cej jaskini.

Ach, autentyczny pistolet El Diablo  pan Hitchcock ogl&#261;da&#322; bro&#324; z przej&#281;ciem.  Wielce sobie ceni&#281; wasz dar. Trzeba powiedzie&#263;, moi m&#322;odzi detektywi, &#380;e nie tylko wyja&#347;nili&#347;cie tajemnic&#281; j&#281;ku, ale r&#243;wnie&#380; dodali&#347;cie zako&#324;czenie legendzie El Diablo.

O rany!  wykrzykn&#261;&#322; Pete.  Rzeczywi&#347;cie zrobili&#347;my to wszystko!

Pozostaje tylko jeden problem  powiedzia&#322; pan Hitchcock przymru&#380;aj&#261;c oko.  Czy rzeczywi&#347;cie &#243;w Staruch jest w stawie w jaskini? Mo&#380;e to on zabi&#322; El Diablo?

Jupiter zapatrzy&#322; si&#281; w przestrze&#324; w zamy&#347;leniu.

Widzi pan, legenda o Staruchu by&#322;a przekazywana od bardzo dawnych czas&#243;w. Mo&#380;liwe, &#380;e ma ona jak&#261;&#347; realn&#261; podstaw&#281;. By&#322;oby interesuj&#261;ce wr&#243;ci&#263; do jaskini i zbada&#263; dok&#322;adnie ten staw.

Och, nie!  wykrzykn&#281;li Bob i Pete r&#243;wnocze&#347;nie.

Hmm  zaduma&#322; si&#281; Jupe  zastanawiam si&#281; tylko

Ch&#322;opcy po&#380;egnali si&#281; i opu&#347;cili gabinet re&#380;ysera. Pan Hitchcock przygl&#261;da&#322; si&#281; z u&#347;miechem le&#380;&#261;cemu na biurku antycznemu pistoletowi. I zn&#243;w Trzej Detektywi rozwi&#261;zali zagadk&#281;, kt&#243;rej nie potrafili wyja&#347;ni&#263; doro&#347;li. Re&#380;yser zastanawia&#322; si&#281;, jaka zagadka czeka na nich w przysz&#322;o&#347;ci. Mo&#380;e b&#281;dzie to Staruch w g&#322;&#281;bi jaskini?

By&#322; pewien, &#380;e cokolwiek to b&#281;dzie, oka&#380;e si&#281; r&#243;wnie fascynuj&#261;ce i tajemnicze!



,        BooksCafe.Net: http://bookscafe.net

   : http://bookscafe.net/comment/hitchcock_alfred-tajemnica_jeczocej_jaskini-143675.html

  : http://bookscafe.net/author/hitchcock_alfred-29191.html

